Zrozumieć Amerykę

Różnice między zakończeniami filmów amerykańskich i europejskich w dużej mierze wynikają z mentalności. Jaka jest mentalność Europejczyków? Jak była kształtowana?

Przede wszystkim w tysiącach wojen, głodzie, nie przesadzę zanadto, jeśli powiem, że nasza osobowość Europejczyków pierwszy raz wychynęła gdzieś z oparów dymu toledańskich stosów, rozpalanych w imię Boga. Nie przesadzę zanadto, jeżeli powiem, że europocentryzm – część naszej mentalności przecież – narodził się gdzieś w pijackim dialogu między Kallimachem i Miltiadesem, dowódcami armii greckiej broniącymi Hellady w Bitwie pod Maratonem. A mentalność amerykańska? Cóż, kształtowała się ona stopniowo, gdy kolejne kolonie podbijały terytoria Indian, gdy wojska Washingtona wypychały Anglików z kontynentu, gdy w gorączce złota ludzie bogacili się nagle i tak samo nagle umierali w knajpianych strzelaninach Dzikiego Zachodu. W Amerykańskiej mentalności brak tego europejskiego defetyzmu, który mówi, że umrzemy w tym samym rynsztoku, w którym się urodziliśmy. Tutaj każdy może być milionerem, każdy może być wolny. Oczywiście, jeśli jest biały i wystarczająco mocno wierzy w post-luterańskie komunały lokalnych pastorów. USA zbudowały wszelkiego rodzaju męty odrzucone przez europejski ancien regime, kwakrzy, kalwini, złodzieje, zdrajcy i mordercy. Wszyscy zaczynali nowe życie. Życie oparte na wierze w Boga, ale pozbawione średniowiecznego „okresu błędów i wypaczeń”. Życie bez piętna teokracji i religijnego masochizmu, za to oparte na oświeceniowym fundamencie ze styropianu, który w latach 60 dwudziestego wieku zaczął się powoli uginać. Ale wróćmy do Boga. W rozumieniu Boga tkwi różnica naszych mentalności. Jaki jest Bóg Jankesów? To dobry ojciec, który wspierał amerykańskie dążenia do niepodległości i legitymował dominację Ameryki nad całym światem. Bóg europejski wydaje się natomiast być zimnym draniem. Eksterminacja połowy kontynentu w okresie Czarnej Śmierci, lata stosów, wojny czasów Wielkiej Schizmy, Holocaust – to wszystko nie czyni z niego uosobienia miłosierdzia. Spójrzmy chociażby na różnice między pierwszym lepszym obrządkiem sakralnym protestantów amerykańskich (np.gospel) i tradycyjną mszą katolicką. Przed wprowadzeniem Zwyczajnej Formy Rytu Rzymskiego kapłan stał tyłem do wiernych z szacunku do Boga, Bóg jest tu panem a wierni niegodną splunięcia tłuszczą, kłębiącą się w nawie głównej jak przypowieściowe owce. Renesans i sobór trydencki, koniec dziewiętnastego wieku i I sobór watykański, potem II sobór watykański w latach 60 XX wieku podkopały pozycję Kościoła i powoli ateizowały coraz bardziej liberalną Europę, stopniowo doprowadzając do stanu obecnego. Przeciwnie w USA, gdzie nie obserwujemy kryzysu powołań kapłańskich – pastor może mieć żonę i dzieci i nie jest podległy papieżowi.

W Europie do pierwszej wojny zawsze było czuć na plecach pański bicz, błysk zbroi, mieczy, herbów i muszkietów widoczny był z daleka podczas wszystkich powstań chłopskich skierowanych przeciwko szlachcie. Szlachta, arystokracja zawsze była z królewskiego powołania, niekiedy nikt nawet nie pamiętał kiedy i kto przyznał szlachectwo danej rodzinie, ważne było, że jest. Nawet jeśli dany ród nie miał grosza przy duszy, mieszkał w rodzinnym dworku i gardził niżej urodzonymi. Amerykańska szlachta nigdy nie była dobrze urodzona, były i są to rodziny, które po prostu dorobiły się w biznesie i przez pokolenia pomnożyły posiadany majątek, kończyły te same prestiżowe uczelnie, mieszały się w politykę, co jakiś czas wystawiając własnych prezydentów: Vanderbiltowie, Kennedy, Rooseveltowie, Hiltonowie, Hearstowie. Widać tu pewien snobizm, budowanie dynastii i kiszenie się we własnym sosie, ale nigdy nie przybrało to rozmiarów znanych z Europy, gdzie arystokracja w dwudziestym wieku uległa zepsuciu, tracąc jednocześnie władzę. Amerykańską arystokrację świetnie pokazano w serialu „House of Cards”, gdzie widać jej wpływ na finansowanie kandydatów na prezydenta i przekupywanie elektorów. Wszystko dzieje się jednak w świetle prawa i nic nie można z tym zrobić. A arystokracja europejska? W obrazach Felliniego, Sorrentino czy Viscontiego arystokraci nawet nie pretendują do pełnienia jakiejkolwiek funkcji społecznej, nie pociąga ich odpowiedzialność idąca za posiadaniem władzy, nie czują się odpowiedzialni w żadnym stopniu za swój kraj, choćby miał to być kraj rządzony według ich zasad. Chcą stać z boku i brać udział w wielkich orgiastycznych imprezach albo po prostu grać w karty( „Wielkie Piękno”, „Zmierzch Bogów”), kłócić się między sobą (większość twórczości Bunuela) czy prowadzić nudne życie pełne pozorów („Jestem miłością”). W ogóle, rozumienie sztuki u Amerykanów i Europejczyków jest diametralnie różne. W pozbawionej praktycznie granic i operującej wielkimi przestrzeniami Ameryce tematem przewodnim literatury, muzyki, obrazów i filmów jest raczej motyw własnego kraju, jego bezkresu i wielkich, niezamieszkanych przestrzeni. W „To nie jest kraj dla starych ludzi” akcja dzieje się tylko i wyłącznie na ogromnych przestrzeniach Nowego Meksyku, gdzie normalnym jest fakt, że każdy wychodząc z domu zabiera ze sobą broń, bo nie wiadomo, co czai się za rogiem. Film „W Drodze”, na podstawie książki Jacka Kerouaca to swego rodzaju hołd złożony Ameryce, z całym jej zróżnicowaniem, od bagiennych terenów Nowego Orleanu, przez śniegi Montany aż po rozgrzane piaski południowo – zachodnich stanów. Tutaj tak samo jak w podobnym „Into The Wild” pojawia się motyw samotności człowieka w kraju pełnym olbrzymich przestrzeni. Oto w obu filmach młody, na oko dwudziestoletni człowiek wyrusza autostopem w podróż przez Amerykę, zostawiając za sobą uporządkowany, zharmonizowany świat stworzony przez pokolenie swoich rodziców. Co ciekawe, pierwszy film nie kończy się wcale jednoznacznie dobrze, a drugi wręcz tragicznie. Dzieje się tak jednak dlatego, że obydwa filmy (na podstawie książek) wywodzą się z kontrkultury i jednoznacznie kontrkulturowy jest ich przekaz. Weźmy jednak filmy klasycznego Hollywood. Na początek kino wojenne. Wszyscy pamiętamy filmy wojenne, na których wychowywały się całe pokolenia nie tylko Amerykanów, ale też mieszkańców innych krajów Zachodu, którzy oglądali szeroko eksportowaną kinematografię zza oceanu. Takie filmy jak „Casablanca” – film nie do końca wojenny ale poruszający tematykę patriotyczną, podejrzewam, że w trakcie premiery a także wiele lat po niej francuscy widzowie mieli łzy w oczach, oglądając scenę, gdy zgromadzeni w knajpie przeciwnicy Hitlera zagłuszają „Marsylianką” pieśń bojową Wehrmahtu, co w zebranych Niemcach burzy pewność siebie i mocno ich konfunduje. „Działa Navarony”. Każdy, kto oglądał to arcydzieło, pamięta z pewnością ostateczną scenę wybuchu tytułowych armat, z kupą dymu i wielkim hukiem nakręconą. Oczywiście, w czasie wojny takie samobójcze akcje jak ta, gdzie sześciu ludzi stawia czoła niepokonanej niemieckiej machinie wojennej się zdarzały, ale były to przypadki odosobnione, pomimo nieocenionej wartości kulturowej i kompensacyjnej, dzieło jest bardziej propagandowe niż historyczne i powinno się je oglądać raczej dla walorów estetycznych niż dla zobaczenia „jak to było”. Z nowszych filmów chciałbym zwrócić uwagę na „Szeregowca Ryana” i „Wroga u bram”. „Szeregowiec…” jest wojenną ilustracją przypowieści biblijnej o pasterzu, który wbrew logice i prostemu rachunkowi zysków i strat zostawia swoje owce na pastwę losu, by znaleźć jedną, która się zgubiła. Tutaj rzeczoną owcą jest Ryan, w poszukiwaniu którego cały pluton żołnierzy traci życie na francuskim wybrzeżu. Nie mamy więc trudnych moralnych wyborów, pytań o naturę zła i jego przyczyny, trzeba uratować szeregowca? To ratujemy. A ten na starość stanie przy naszym grobie na cmentarzu wojskowym i zasalutuje pomarszczoną ręką, ocierając starcze łzy z policzka. Nie inaczej „Wróg u bram”. Genialny snajper Zajcew, wywodzący się z wywyższanych przez komunistów niższych warstw społeczeństwa staje się bohaterem narodowym. Znamienna jest scena, gdy zostaje zaproszony na uroczyste przyjęcie wysokich dygnitarzy partyjnych i nie może się odnaleźć w socrealistycznym przepychu ostro zakrapianych wódką potraw. Partia robi z Zajcewa swoją marionetkę, bierze go na sztandary i usiłuje posłużyć się nim jako symbolem, mającym podtrzymać ludzi na duchu w oblężonym rzez Niemców Stalingradzie. Jego nazwisko pojawia się na gazetkach, rozdawanych żołnierzom i cywilom na froncie, co nie podoba się jego przyjacielowi granemu przez Josepha Fiennesa, wcześniej zawziętemu komuniście, teraz, za sprawą zazdrości o sukces towarzysza broni i przyjaciela, zaczyna wątpić w obowiązkową ideologię. Umiera przeklinając komunizm, czym według twórców kupuje sobie sympatię amerykańskich widzów, jednocześnie zaraża swymi wątpliwościami Zajcewa, co czyni go tym większym bohaterem, bo nie dość, że strzelał do Niemców to jeszcze nie był do końca „czerwony”. W świecie pamiętającym wciąż świeżą Zimną Wojnę samo strzelanie do Niemców nie wystarczy. Stąd radziecki snajper przerobiony na amerykańską modłę, niby Rusek, ale w sumie nasz. A jeszcze wracając do starszych filmów wojennych made in USA. Podczas seansu „O jeden most za daleko” ma się natomiast uczucie, że Jankesi podpisali chyba jakiś tajemny pakt z Niemcami, brzmiący mniej więcej tak: „Ej, to Wy do nas strzelajcie ale nam się nie będzie nic działo, a jak któryś z naszych w końcu dostanie, to weźcie, poczekajcie chwilę aż mu pomożemy.” W nowszych filmach, jak te już wspomniane czy też niewspomniany (jeszcze) „Helikopter w ogniu” realizm jest większy, a Amerykanom nie jest już tak łatwo unikać pocisków. Czuć jednak, że za oceanem wciąć pokutuje myślenie, iż większość walk II Wojny zostało stoczonych przez chłopców Wuja Sama i to im należy współczuć najbardziej (zaraz po ofiarach Holocaustu), niezależnie od epoki w której wojna została stoczona i jej przyczyn. Ze stereotypu tego wyłamuje się jedynie nurt kina rozliczającego Wojnę w Wietnamie, jest to jednakże kinematografia w dużej mierze kontrkulturowa, stojąca w opozycji do Hollywood i jego nadmuchanemu patriotyzmowi, bardziej dbająca o realizm i zadająca pytania dotyczące zasadności wojny, niż gloryfikująca bohaterstwo żołnierzy.

A w Europie? W Europie różnie. Oczywiście, są i propagandowe potworki w stylu „Pancernika Potiomkina”, dzisiaj z historyczno – sentymentalnego punktu widzenia nazywane raczej perełkami. Wszyscy znamy dziś równie propagandowy rodowód „Czterech Pancernych” czy „Hansa Klossa”, co nie zmienia faktu, że są to seriale dobre, ponadczasowe, na których wychowało się wiele pokoleń Polaków, niekoniecznie wcale propagandzie posłusznych. Ta sama sytuacja co z „Pancernikiem…”. Większość europejskich filmów wojennych to jednak obrazy nie tyle nawet smutne, co ociekające smętną obłomowszczyzną, poczuciem beznadziei wgniatającym widzów w fotel. Radzieckie „Idź i patrz” to jedno z tych właśnie dzieł. Po scenie, w której niemieccy żołnierze palą wszystkich mieszkańców wioski w drewnianej szopie, śmiejąc się przy tym i ćmiąc z namaszczeniem stereotypowe dla Nazistów papierosy, widz traci wiarę w ludzi. Nie bez powodu to właśnie Europejczyk, Theodor Adorno napisał kiedyś słynne zdanie: „Pisanie wierszy po Oświęcimiu jest barbarzyństwem”. W scenie tej to nie sam fakt okrucieństwa budzi w nas tak silne emocje, nie jego przewrotność. To świadomość faktu, że „to się stało naprawdę” sprawia, że czujemy wstyd za bycie człowiekiem. Silne emocje budzi też oczywiście sam Holocaust, niejednoznacznie reinterpretowany w filmach takich jak „Życie jest piękne”, gdzie Roberto Benigni nie chcąc niszczyć dziecięcej wrażliwości swojego syna, tłumaczy mu, że to wszystko jest tylko żartem, próbą dla dzielnych chłopców a nagrodą główną jest …czołg. Węgierski „Syn Szawła” stara się natomiast odczarować mit, że w Sonderkommando służyły same bezduszne kanalie, choć i takich było zapewne sporo. „Upadek” oskarżany o budowanie współczucia dla Nazistów oraz „Stalingrad” to klasyki, które starały się spojrzeć na „tych złych”  z nieco innej strony. Odchodząc już jednak od tematu największej wojny wszechczasów nie sposób nie wspomnieć, że konfliktów, które godne byłyby filmu było w historii kontynentu całkiem sporo. Wiecznie gotujący się tzw. Kocioł Bałkański fascynował wielu filmowców, między innymi Pasikowskiego, który w późnych latach dziewięćdziesiątych stworzył dosyć niejednoznaczny dramat antywojenny pt. „Demony wojny wg Goi”. Grany przez Lindę major Keller wygłasza tu znamienną kwestię: „Teraz już wiecie, po co tu jesteśmy. To jest wojna, a wy jesteście żołnierzami jednej ze stron. Musicie zabijać albo nie przeżyjecie.” Innym filmem wojennym z tej części Europy jest dramat „Mandarynki”, ukazujący dwóch mieszkających w Abchazji od lat Estończyków, którzy pewnego dnia znajdują w swoim mandarynkowym sadzie dwóch rannych walczących po przeciwnych stronach: Gruzina i Czeczena. Doprowadza to do serii absurdalnych zdarzeń, będących pokłosiem prowadzonych przez Stalina przesiedleń, dziesiątkach lat ksenofobii i wzajemnej nieufności.

Ale przecież nie samą wojną kinematografia stoi. Do lat 60, czyli czasów tak zwanej Rewolucji Seksualnej intelektualnie wartościowe filmy powstawały w ogromnej większości w Europie. Francuska Nowa Fala, filmowy ruch intelektualny skupiony wokół pisma Cahiers de Cinema był pionierem filmu eksperymentalnego na skalę światową, chociaż inspirowany różnymi wcześniejszymi stylami (także amerykańskimi, jak noir), kierunek ten stworzył swój unikalny, indywidualny styl. Lata 50 i 60 w Europie to w dużej mierze wysyp filmów filozoficznych, luźnych obyczajowo, a w Europie Wschodniej za sprawą Odwilży coraz luźniejszych politycznie. Czarna Seria Polskiego Dokumentu narodziła się właśnie w drugiej połowie lat 50. Kraje Zachodnie musiały rozliczyć się z wojną, Francja za sprawą częstej tam kolaboracji z Nazistami, Włochy za sprawą Mussoliniego i niewyobrażalnej biedy, która dotknęła Włochy po wojnie, Niemcy z powodu wybranego przecież w demokratycznych wyborach Hitlera, który jak gdyby zaczarował cały naród na kilkanaście lat. Ameryka nie rozliczała się z niczym, była przecież mocarstwem zwycięskim w wojnie, która Europę rozłożyła na łopatki. Filmy dotyczące kondycji człowieka, defetystyczne, ukazujące wojnę jako zło były Ameryce obce. Neorealizm Włoski, „Złodzieje rowerów”, film kręcony z wykorzystaniem „naturszczyków”, czyli aktorów branych z ulicy za niewielkie pieniądze. Nic takiego nie mogło się zdarzyć w Ameryce, gdzie uporządkowany, wręcz przemysłowy system kręcenia filmów podporządkowany wielkim studiom filmowym i nastawiony na zysk nie był w stanie pozwolić sobie na eksperymenty. Dopiero w latach 60 zlikwidowano w USA Kodeks Haysa, który zakazywał pokazywania rzeczy „nieobyczajnych”, czyli zarówno nadmiernej brutalności, jak też chociażby pocałunków czy nawet odsłoniętych nóg. Twórcy niezależni pojawili się w Stanach dopiero w latach 60, właśnie za sprawą Rewolucji Obyczajowej i znużenia tradycyjnym amerykańskim stylem życia, opartym na konsumpcji oraz filozofii sukcesu. W kraju, który nie przeżył Holocaustu, gigantycznej wojny na własnym terytorium ( Wojna Secesyjna i jej następstwa to temat na osobny esej) oraz Żelaznej Kurtyny nie było powodu zastanawiać się nad sensem istnienia, nie było sensu zadawać pytań o kondycję ludzką. Szaleństwa dwudziestego wieku ukształtowały kinematografię europejską, uczyniły ją dojrzalszą, bardziej zniuansowaną. Kino amerykańskie pozbawione tego trudnego bagażu doświadczeń dopiero w latach 60 zaczęło przyjmować bardziej zróżnicowane postawy. Niemniej nie można powiedzieć, że nie da się oglądać filmów z USA sprzed Rewolucji Obyczajowej. Można, westerny, „Śniadanie u Tifannyego”, Orson Welles to słowa – klucze świadczące o wspaniałości kina zza oceanu, jest to jednak taka „Wspaniałość Ambersonów”, czyli niby jest, ale jak się później zastanowić, to albo jej nie ma, albo jej wymiar jest dosyć płytki.

Mateusz Bachmiński

Redakcja Administrator
Magazyn Kulturalny Horyzont – nieformalne pismo internetowe założone 5 września 2015 r. przez dziennikarkę, poetkę i kandydatkę do ZLP Oddział Szczecin Annę Jakubczak. Horyzont ma na celu przekazywanie rzetelnych informacji, zachęcać do rozwoju osobistego i poznawania świata oraz dawać możliwość pokazania się szerszemu gronu poprzez organizowanie spotkań autorskich, wernisaży, slamów poetyckich i innych imprez kulturalnych we współpracy ze Związkiem Literatów Polskich oddział w Szczecinie, Książnicą Pomorską, Starą Rzeźnią oraz Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach.
follow me

Dodaj komentarz