„Zapatrzeni w niebo. Dogonowie i ich sztuka” – rozmowa z Ewą Prądzyńską

Dogonowie – tajemnicza społeczność zamieszkująca podnóża uskoku Bandiagara, która od lat fascynuje naukowców i etnologów. Legendy dotyczące ich pochodzenia, a także niebywale duża wiedza astronomiczna jaką posiedli przedstawiciele tej grupy, uczyniły ich jednym z najczęściej opisywanych w literaturze ludów i zwabiły w południowy region Mali rzesze turystów. 15 września tego roku, w Muzeum Narodowym w Szczecinie, ważnym miejscu na mapie Polski z punktu widzenia afrykanistyki, otwarto wystawę pod nazwą „Zapatrzeni w niebo. Dogonowie i ich sztuka”, którą można będzie oglądać aż do 18 marca 2018 r. Z tej okazji o magicznym świecie Dogonów, ich rozbudowanej mitologii, a także pozycji wśród innych miejscowych ludów rozmawiałem z Ewą Prądzyńską – organizatorką wystawy, Kierownikiem Działu Kultur Pozaeuropejskich Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Dorian Scheuring – Od jak dawna interesujesz się Afryką? Co skłoniło Cię do zgłębiania tajemnic Czarnego Lądu? I w końcu – skąd w ogóle pomysł zorganizowania wystawy „Zapatrzeni w niebo” związanej z kulturą Dogonów?

Ewa Prądzyńska – Pomysł na zorganizowanie wystawy powstał chyba dlatego, że pracuję w Muzeum Narodowym w Szczecinie, gdzie kolekcja dogońska zajmuje bardzo ważne miejsce. Na nasze 9 tysięcy obiektów etnograficznych, samych dogońskich eksponatów mamy kilkaset. Są to bardzo ciekawe obiekty zbierane głownie w latach 70. XX wieku. Właśnie w związku z podjęciem pracy w naszym muzeum, którego wystawy afrykańskie należą do największych w Polsce, miałam okazję po raz pierwszy pojechać do Afryki. Wcześniej się w ogóle Afryką nie zajmowałam! Moje zainteresowania skupiały się wokół Ameryki Południowej i żyjących tam społeczności. Skorzystałam więc z możliwości poznania nowego kontynentu. Od razu bardzo spodobała mi się Afryka Zachodnia, do której wracałam później kilkukrotnie. Nie znam innej Afryki. Dlaczego mi się spodobała? Z punktu widzenia etnografa to jest to po prostu Mekka, istne El Dorado. Wszystko to, o czym człowiek uczył się na studiach, może nagle zobaczyć na własne oczy – jak funkcjonuje w codziennej rzeczywistości. W Afryce mimo otwartości jej mieszkańców zarówno na wpływy europejskie, jak i produkty chińskie, które obecnie zalewają kontynent, zachowało się piękne rękodzieło. Dlatego zachwyciła mnie Afryka, w tym również Dogonowie. Ci ostatni również ze względu na malowniczy rejon jaki zamieszkują.

D.S. – Pierwszy raz do Afryki pojechałaś w 2006 roku. Ile razy do tej pory udało Ci się tam wrócić?

E.P. – Właściwie moją pierwszą podróżą do Afryki była studencka wycieczka do Maroko. Ale jeżeli mówimy o wyjazdach badawczych, to tak. Pojechałam w 2006 roku do Mali i odwiedziłam m.in. kraj Dogonów. Na Czarnym Lądzie byłam jak dotąd sześć razy, z czego czterokrotnie w rejonie masywu Bandiagary. Poza Mali miałam okazję być jeszcze w takich krajach jak: Burkina Faso, Benin, Kamerun czy Gabon.

D.S. – Wśród jakich grup etnicznych prowadziłaś jeszcze badania?

E.P. – Mimo iż rozmawiamy tutaj o Dogonach, w Mali zajmuję się głównie najliczniejszą tamtejszą grupą, a mianowicie Bamana. Często w literaturze używa się nielubianego przez samych zainteresowanych, określenia Bambara o nieco pejoratywnym znaczeniu, gdyż tłumaczy się je jako „barbarzyńcy”. Było ono słowem stworzonym przez mieszkające w sąsiedztwie pasterskie ludy muzułmańskie, używanym do nazywania społeczności wciąż broniących się przed islamem.

W Burkina Faso nigdy nie prowadziłam badań. Traktowałam ten kraj bardziej jako odskocznię, miejsce odpoczynku po trudach malijskich ekspedycji. Bo wbrew pozorom Mali jest krajem trudnym. Klimat – szczególnie biorąc pod uwagę góry, w których żyją Dogonowie – nieźle daje w kość. Jest też państwem drogim, a w większych miastach czuć duże wpływy islamu. Burkina Faso jest zdecydowanie bardziej przyjazna – przynajmniej z mojego punktu widzenia.

W zasadzie badania etnograficzne wymagają pozostawania przez długi czas w jednym miejscu. Dzięki temu mamy szansę zbadać wnikliwie daną społeczność. Jednak wyjazd do Afryki nie jest rzeczą prostą i nie zdarza się często, więc zawsze starałam się go jak najlepiej wykorzystać i chociaż na chwilę wyrwać się: to do Kurumbów, to do Lobi. Głównie po to żeby skonfrontować, to co leży w muzealnych magazynach z rzeczywistością. Niesamowite jest uczucie towarzyszące zetknięciu się z tymi wszystkimi przedmiotami, z którymi człowiek pracuje na co dzień, tworzy do nich opisy. I nagle ma możliwość zaobserwowania tych samych lub bardzo podobnych przedmiotów w terenie, może podglądać sposób w jaki są wykonywane, użytkowane. To jest nieocenione dla pracy etnografa-muzealnika.

Dlatego też w czasie wyjazdów starałam się odwiedzić Lobi w Burkina Faso czy Sombów w Beninie – ludy dobrze udokumentowane w szczecińskim muzeum. A będąc w Beninie, kraju tak małym, że można go spokojnie przejechać w ciągu jednego dnia, musiałam też pojechać na południe, m.in. do Abomey’u, czyli dawnej stolicy królestwa Dahomeju – tak przecież ważnego historycznie regionu.

W Kamerunie z kolei byłam na osobnej wyprawie, na którą zdecydowałam się ze względu na niestabilną sytuacje w Mali – powstanie Tuaregów i utworzenie państwa Azawad. Z resztą do dzisiaj są tego odpryski.

W Kamerunie skupiłam się głównie na zachodniej części kraju, gdzie do dzisiaj funkcjonują tradycyjne wodzostwa, zwane też królestwami. I tam również zetknęłam się bezpośrednio z przedmiotami, głównie maskami, o których wcześniej, umieszczając je na wystawach w naszym muzeum myślałam jako o swego rodzaju reliktach przeszłości. A w Afryce to wszystko jest dalej obecne, wciąż żywe!

D.S. – Czy obecne zbiory zaprezentowane podczas wystawy, pochodzą z którejś z Twoich ostatnich wypraw?

E.P. – Ostatni raz u Dogonów byłam już dość dawno, bo w 2009 roku, ale wystawa została stworzona z nowych eksponatów zakupionych od prywatnego kolekcjonera. Na ich zakup pozwoliło dofinansowanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wcześniej w naszym muzealnym Dziale Kultur Pozaeuropejskich, pracowali głównie etnografowie, i większość naszych zbiorów to przedmioty codziennego użytku. Podczas swojej pracy zauważyłam, że ludzi bardzo jednak interesuje sztuka afrykańska, niezwykle ceniona i podziwiana. Przecież była ona mocnym impulsem dla nowych kierunków pojawiających się w sztuce europejskiej na początku XX wieku. Pomyślałam, że warto powiększać nasze zbiory o sztukę w rozumieniu stricte europejskim.

D.S. – Skupmy się jednak na głównym temacie naszej rozmowy, czyli kulturze Dogonów. Teorii o tym kiedy Dogonowie przybyli na obecnie zajmowane tereny jest bardzo dużo. Najczęściej podaje się, że było to na przełomie XII i XIII wieku. Wiadomo, że przed nimi w okolicach Bandiagary rozwijały się dwie inne kultury – Toloy i Tellem. Ile o nich wiemy?

E.P. – Nie wiem, czy powinnam się wypowiadać na temat tych kultur. Tak naprawdę bardzo mało o nich wiem. Badania nad kulturą Tellem prowadzili holenderscy archeolodzy, ale ograniczyli swój teren badawczy do okolic Sanghi – największej dogońskiej miejscowości. Istnieje sporo publikacji na ten temat, nadal jednak pozostaje wiele niewiadomych. W każdym jednak razie archeolodzy znaleźli świadectwa, mówiące o tym, że Tellemowie znali m. in. bardziej skomplikowane techniki tkackie czy garncarskie, niż Dogonowie, którzy się przecież z nimi zetknęli. Dogonowie zresztą ciągle powtarzają, że mają ogromny szacunek do Tellemów, którzy ich wszystkiego nauczyli. Snują opowieści o niskich ludziach, którzy żyli na tych terenach przed nimi, mieszkali w domach wybudowanych w jaskiniach widocznych na zboczach masywu Bandiagara i … potrafili latać! Profesor Jacek Łapott -– były pracownik muzeum, obecnie wykładający na Uniwersytecie Szczecińskim -– od kilku lat gromadzi tradycję ustną Dogonów dotyczącą właśnie Tellemów. To niejako ostatni moment, żeby jeszcze zebrać te informacje. Myślę więc, że w badaniach nad Tellemami jeszcze wszystko przed nami.

D.S. – W wielu miejscach na świecie nie jesteśmy już w stanie doświadczyć prawdziwej, żywej kultury, a jedynie wyreżyserowany dla turystów spektakl. Wielu przedstawicieli tych społeczeństw nie wie praktycznie nic o swoich korzeniach. Czy podobnie jest u Dogonów? Czy przeciętny Dogon stosuje się do starych praw, akceptuje tradycyjne podziały i uczestniczy w animistycznych świętach?

E.P. – Przeciętny Dogon wprawdzie może nie mieć pojęcia o swojej własnej kulturze – tzn. nie potrafi o niej rozprawiać, tak jak my to teraz robimy – ale na pewno jest jej użytkownikiem i jest w niej usytuowany. Wie do jakiej grupy, rodziny należy. Wie z kim może wejść w związek małżeński, a z kim nie. Mimo inwazji islamu, potem francuskiej administracji kolonialnej, a w końcu turystów, Dogonowie są zakorzenieni we własnej kulturze. To nie tylko cecha Dogonów, ale wielu społeczności afrykańskich. Oglądają telewizję, mają dostęp do internetu, wiedzą jak funkcjonuje zachodni świat, a mimo to pozostają w dużej mierze wierni swoim zwyczajom, tradycji. Oczywiście wielu młodych Dogonów wyjeżdża w poszukiwaniu pracy do innych krajów Afryki, np. na Wybrzeże Kości Słoniowej czy do Europy (trzeba przecież zdobyć kapitał na pierwszą żonę). To jest niejako wpisane w lokalną tradycję. Jednak taki młody Afrykańczyk wracający w rodzinne strony, natychmiast wtapia się w lokalną rzeczywistość. Nie jest odrzucany, nie czuje się obco.

D.S. – Bardzo ciekawy jest tradycyjny podział społeczeństwa dogońskiego. Najogólniej możemy tu wyróżnić dwie grupy: „prawdziwych Dogonów” (rolników) i Dogonów należących do czterech kast – kowali, griotów, skórników i plecionkarzy. Ponadto wśród „prawdziwych Dogonów” funkcjonują pojęcia inne puru czyli „nieczystych” i inne omo czyli „czystych”. Bardzo to wszystko skomplikowane. Czy te podziały dalej funkcjonują w codziennym życiu?

E.P. – Tak. Sama wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Znałam literaturę, badania prowadzone na temat różnych grup w społeczeństwie dogońskim, a dopiero w Mali uświadomiłam sobie, jakie to jest ważne dla samych Dogonów. Dla turystów, którzy przyjeżdżają w tamte rejony na kilka, kilkanaście dni, te podziały pozostają niezauważalne, bo nie ma pomiędzy Dogonami z kast i spoza nich wyraźnie zaznaczonych granic. W czasie zwykłych codziennych czynności tego nie widać. One jednak istnieją – w życiu żaden rolnik nie wszedłby w związek małżeński z osobą z którejkolwiek kasty.

Separacja jest też widoczna podczas niektórych obrzędów, czy nawet zwykłych całodziennych czynności, gdy obserwuje się np. tykwę wypełnioną miejscowym piwem – niektórzy ze względu na przynależność do kast, czy inne puru lub inne omo, nie mogą dzielić jednej tykwy. Te dwa ostatnie określenia dotyczą rolników, i oddzielają grupę mężczyzn, mogących mieć styczność ze śmiercią i tych którzy wręcz przeciwnie – powinni unikać jakiejkolwiek formy kontaktu z nią. Przykładem, kiedy dobrze widać podział na inne puru i inne omo jest święto Sigi.

D.S. – No i to jest moje kolejne pytanie. Co wiadomo o tajemniczym święcie Sigi?

E.P. – Święto Sigi przypada raz na 60 lat, kolejne wypada za 10 lat. Ostatnie rozpoczęło się w 1967 roku i trwało 7 lat. Święto Sigi, czyli „święto odrodzenia”, jest w miarę dobrze udokumentowane. Francuski filmowiec i antropolog Jean Rouch nakręcił nawet o nim film. Bogate obchody „wędrujące” z wioski do wioski, obejmują między innymi taniec wokół maski imina na – wykonywanej specjalnie na okazję Sigi. Jest to jedyna maska dogońska, w której się nie tańczy. Stoi nieruchomo na środku głównego placu i symbolizuje węża, w którego zamienił się Lebe – pierwszy przodek, którego dopadła śmierć. Mężczyźni tańczą, przystrojeni w białe trójkątne czapki, trzymając w dłoniach symboliczne siedziska i miski z tykwy. Potem przechodzą przez zainscenizowaną bramę – doświadczają odrodzenia, podobnie jak Lebe, który odrodził się pod postacią węża. Czy odbędzie się kolejne Sigi, za dziesięć lat – nie wiem. To wydarzenie musi rozpocząć grupa ludzi zwanych Olubaru, którzy znają sakralny język sigi-so. W tym języku są śpiewane wszystkie pieśni, recytowane mity. Jego znajomość jest kluczowa w czasie święta Sigi. Ponieważ coraz mniej osób włada tym językiem, rodzi się obawa czy za dziesięć lat będzie miał kto przeprowadzić uroczystość. Wiedząc jednak, jak ta kultura jest silna – sądzę, że mimo wszystko tak.

D.S. – Czy uważasz, że Dogonowie mówią nam wszystko? Czy zdradzili nam już wszystkie swoje tajemnice?

E.P. – Nie, ale myślę, że w większości przypadków, nie jest to związane z ich niechęcią do dzielenia się wiedzą. Wiedza, którą posiadają Dogonowie jako kultura, jest rozdzielona pomiędzy różnych ludzi. Każdy z nich zna fragment. Bardzo trudno jest zbudować pełną mozaikę – obraz kultury dogońskiej, z tysiąca małych kamyczków. Zawsze czegoś brakuje. Coś się nie zgadza.

Żyją zapewne jeszcze ludzie, do których nikt nie dotarł, a którzy mogliby uzupełnić te brakujące luki. Aby zdobyć tę wiedzę trzeba po pierwsze trafić na odpowiedniego kompetentnego informatora, a po drugie należy zdobyć jego zaufanie. Takie zaufanie zdobył francuski antropolog Marcel Griaule, który wiele z informacji przekazanych mu przez Dogonów opublikował. Podobno po wydaniu książki „Le Renard Pâle” („Blady lis”), Dogonowie byli oburzeni – uważali, że po tych wszystkich latach spędzonych w ich kraju antropologowie mają prawo poznać część ich tajemnic, ale nikt nie dał im pozwolenia na ogłoszenie tego całemu światu. Griaule chyba wziął sobie te uwagi do serca, bo choć „Le Renard Pâle” był pierwszym zeszytem pierwszego tomu jakiejś większej całość, dzieło nigdy nie doczekało się kontynuacji.

D.S. – Teraz chyba najbardziej intrygująca kwestia dotycząca Dogonów, czyli ich pochodzenie. Co mówi w tym temacie ich mitologia?

E.P. – W 2009 roku, kiedy ostatni raz byłam w Mali, razem z profesorem Jackiem Łapottem, miałam okazję odwiedzić w pobliżu wioski Sangha „jaskinię zstąpienia” – miejsce, do którego zwykli turyści nie mają dostępu. To właśnie w tym miejscu podobno zstąpili pierwsi Nommo.

Cała historia, a właściwie mit omawiający przybycie Dogonów na Ziemię jest bardzo skomplikowany. Gdzieś obok Syriusza C, którego istnienia naukowcy wciąż nie potwierdzili istnieje podobno planeta będąca ojczyzną tego afrykańskiego ludu. Stamtąd ich przodkowie przybyli na Ziemię na specjalnej dwupoziomowej platformie (arce Nommo). Na arce znajdowali się też przedstawiciele sąsiednich ludów, m.in. Mossi, Fulbe, Bozo, mitycznych postaci zamieszkujących busz oraz zwierząt. Sami Dogonowie pochodzą od pierwszych 8 przodków stworzonych przez naczelne bóstwo Amma. Mówi się, że tajemnicza arka spoczywa nadal na dnie jeziora Débo, które powstało po jej wylądowaniu. Według Dogonów, ich przodkowie kilka razy przybywali na Ziemię. Niektórzy z Nommo wracali do swojej ojczyzny leżącej w systemie Syriusza wielokrotnie.

Ślady tych lądowań, zstąpień są w okolicach Masywu Bandiagara, a przecież wiemy, że Dogonowie pojawili się w tym rejonie zaledwie kilkaset lat temu, po tym jak opuścili mityczną krainę Mande, która według niektórych naukowców znajdowała się 700 km na zachód od Masywu Bandiagara. Z kraju Mande na masyw Bandiagary poprowadził Dogonów wąż, znaleziony w grobie Lebe. Dogonowie zabrali ze sobą ziemię z tego grobu, i umieszczali ją pod każdym tworzonym już w nowej ojczyźnie ołtarzem poświęconym temu przodkowi.

D.S. – A kim właściwie byli Nommo? Słyszałem o nich jako o bóstwach wody.

E.P. – Też. To są przodkowie, bóstwa. Niektórzy mówią o 8 przodkach, a inni o 8 Nommo. Mają bliskie związki z wilgocią, wodą, jako substancją niezbędną do rozwoju życia. Jednoznaczne określenie „bóstwa wody” to zwykłe uproszenie. Całość jest skomplikowana jak bomba atomowa! Wydaje mi się, że my nie jesteśmy w stanie tego dokładnie zrozumieć. Chcemy wszystko logicznie wytłumaczyć, a w przekazach dogońskich brak logiki, naszej logiki. Tego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Oczywiście każda mitologia tubylcza w mniejszym lub większym stopniu składa się ze zdarzeń, które pozornie nie łączą się w żaden logiczny ciąg. To nie są proste legendy o Warsie i Sawie. Jednak Dogonowie nie widzą w tym nic dziwnego. Dla nich to wszystko ma sens.

D.S. – Chciałem Cię zapytać co sądzisz o nadzwyczaj dużej wiedzy Dogonów w zakresie astronomii, a w szczególności o tajemnicy odkrycia przez nich na długo przed Europejczykami, nie widzialnego gołym okiem Syriusza B? Teorii jest wiele – według jednych wiedza ta pochodzić mogła od Egipcjan, według innych od mieszkańców państwa Saharyjskiego, a jeszcze inne podają, że od … kosmitów. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

E.P. – Ja nie jestem zwolenniczką teorii o kontaktach pozaziemskich Dogonów. Tak jak powiedziałeś, istnieją różne teorie. Jedna z nich mówi o egipskich źródłach tych informacji, gdyż starożytni Egipcjanie mieli ogromną wiedzę astronomiczną. Tak naprawdę to naukowcom trudno jest uwierzyć, że prosty lud rolniczy (bo Dogonowie mimo tak rozbudowanego mitu są prostymi rolnikami, uprawiającymi ziemię metodami, które niewiele zmieniły się od setek lat) sam, bez żadnych wpływów mógł pozyskać taką wiedzę. Najprostszym, więc wytłumaczeniem jest ich kontakt z cywilizacją pozaziemską lub z bardziej rozwiniętą kulturą.

Syriusza A widać gołym okiem i wiele cywilizacji dostrzegało go już wcześniej. Astronomiczna wiedza Dogonów została spisana w latach 30. XX wieku. Syriusza B odkryto w 1862 roku. Powstały teorie, że francuscy antropologowie, którzy właśnie na początku lat 30. przybyli na te tereny, i „odkryli” tę wiedzę, tak naprawdę sami ich tego nauczyli. Kto to w ogóle wymyślił! Według mnie to byłoby niemożliwe. Wspomnieć muszę tu jedną z wizyt w Mali, podczas której profesor Jacek Łapott próbował nauczyć pracujących w branży turystycznej Dogonów zasad ekonomii. Tłumaczył im, że warto czasami obniżyć cenę, bo dzięki temu można zyskać więcej klientów. Bez skutku. To po prostu inna mentalność. Ciężko jest mi więc uwierzyć, że kilku francuskich etnologów przekazało tak dużej populacji, tak szczegółową wiedzę, w stosunkowo krótkim czasie. Ciekawe, dlaczego po tylu latach edukacji przeciętny Europejczyk wciąż tego nie wie…

Ja uważam, że Dogonowie byli, i są po prostu bardzo dobrymi obserwatorami. Rozgwieżdżone niebo nad Afryką jest doskonałym punktem wyjścia do „podglądania kosmosu”. W czasie badań, jeden z informatorów powiedział, że niekiedy Syriusz świeci tak mocno, że jego blask go oślepia! Jaka wrażliwość! Dla przeciętnego Europejczyka coś zupełnie nieprawdopodobnego. Jesteśmy jednak w pewnym sensie upośledzeni. Ale przecież my (Europejczycy) przestaliśmy już dawno patrzeć w niebo. Tak naprawdę ponadprzeciętna wiedza astronomiczna, nie dotyczy tylko Dogonów. Jest udziałem wielu ludów mieszkających w Mali, również wspomnianych wcześniej Bamana. W jaki sposób ludy te posiadły tą wiedzę – to pozostaje na razie tajemnicą. To dobrze, że są jakieś tajemnice.

D.S. – Mali to kraj, w którym przeważającą część mieszkańców stanowią muzułmanie. Jak wyznawcy Allaha odnoszą się do animistycznych tradycji dogońskich?

E.P. – Opowiem tu jedną sytuację, którą ostatnio przypomniał mi profesor Jacek Łapott. Hogon to kapłan kultu Lebe, a jednocześnie swego rodzaju wódz wioski, chociaż mówię to w dużym uproszczeniu, bo Dogonowie to społeczeństwo acefaliczne. Mimo wszystko, dzięki swojej funkcji, cieszy się dużym autorytetem wśród mieszkańców. Z uwagi na swoją pozycję Hogon nie powinien opuszczać nigdy własnej posesji. Jako ciekawostkę dodam tu, że nie może nawet dotykać stopami ziemi, gdyż mógłby ją spalić. Wracając jednak do tematu – z uwagi na zakaz opuszczania zagrody, Hogon ma pomocnika Titiyayne, który obwieszcza ludziom decyzje kapłana, i jemu samemu przekazuje prośby i skargi mieszkańców. Pamiętam sytuację, gdy w zagrodzie Hogona, znajdował się on sam, jego prawa ręka (Titiyayne) i jeden z naszych przewodnik. Kapłan stał oparty o murek, jego pomocnik siedział „w kucki”, a przewodnik przez całą rozmowę kulił się w pozycji klęczącej – a był gorliwie wierzącym muzułmaninem! Wyznawca islamu przed animistycznym kapłanem! Rzecz jasna wszystko zależy od człowieka.

Wspomniany przewodnik, Gadiolou Dolo, gdyby nie fakt, że jego ojciec przeszedł na islam, byłby bardzo ważną postacią w tradycyjnej religii Dogonów, ponieważ odziedziczył duszę po swoim zmarłym dziadku, który był Olubaru. Z uwagi na zmianę wyznania nie mógł jednak pełnić tak ważnej funkcji. Powstał kłopot – kto przejmie obowiązki Olubaru? Padło na jednego z jego kuzynów. Pech chciał, że ten jakiś czas temu, już z własnej woli również przeszedł na islam. Z tego co wiem, funkcja Olubaru i jego obowiązki nadal nie zostały zagospodarowane, a nie zostało już dużo czasu. Za 10 lat będzie musiał rozpocząć Sigi…

Islam jest w Mali wszechobecny. Widać to też na podstawie coraz większej liczby meczetów pojawiających się w wioskach i miasteczkach. I o ile te wznoszone w stylu sudańskim są niezwykle charakterystyczne i świetnie wtapiają się w lokalny krajobraz, to niestety zaczynają przeważać nieciekawe budowle, finansowane przez Arabię Saudyjską..

A więc wpływy proroka Mahometa są tu bardzo widoczne. Krąży jednak przeświadczenie, że Dogon nie może być nigdy w 100% muzułmaninem. Jego dogońskość jest bowiem tak silna, że stanowi jego nierozerwalną część.

W kraju Dogonów żyją również chrześcijanie, głównie protestanci, jednak tak jak w całym Mali, pozostają w mniejszości. Jeden z nich imieniem Dawid, nasz dobry przyjaciel, jest przewodnikiem turystycznym. W czasie którejś z wycieczek poznał polską turystkę. Zakochali się w sobie. Dzisiaj są małżeństwem.

W każdym, razie mimo wpływów różnych religii, dogońscy muzułmanie, chrześcijanie i animiści żyją w zgodzie.

D.S. – Wiadomo, że obszar Mali stał się w ostatnich latach miejscem działania wielu grup terrorystycznych. Czy dzisiaj podróżowanie do tego państwa i do kraju Dogonów jest bezpieczne? Zachęcasz czy odradzasz takie wycieczki?

E.P. – Skoro nawet MSZ umieściło Mali na liście państw niebezpiecznych i odradza wyjazdu w tamte rejony, to trudno żebym zachęcała do wycieczek. Ja prowadzę badania w okolicach Ségou i o ile w kraju Dogonów można czuć się względnie bezpiecznie, to w Ségou podobno nie jest już tak ciekawie. Mam kontakt ze znajomą, naukowcem z Francji, która obecnie przebywa w Bamako i prowadzi tam badania (głównie w bibliotekach i na uczelni). Prawie nie wychodzi z hotelu, mówi, że ciągle towarzyszy jej poczucie strachu. A to przecież nie o to chodzi – jedziemy tam, aby cieszyć się tą kulturą, spotkaniami z ludźmi, a nie żeby ze strachu nie wychylać nosa z hotelu. W Burkina Faso też ostatnio zdarzały się zamachy terrorystyczne, ale wyłączając ataki w Wagadugu, miejscowa ludność twierdzi, że napady są dziełem zorganizowanych grup przestępczych powstałych w atmosferze ogólnego rozluźnienia, nie zaś dziełem ekstremistów z AQIM (Al-Ka’ida Islamskiego Maghrebu). Mając informacje niejako z pierwszej ręki, bo wbrew pozorom sporo moich znajomych często jeździ do Burkina i Mali, wiem, że Burkińczycy stworzyli coś na kształt straży terytorialnej. Pamiętajmy, że ofiarami radykałów nie są tylko turyści, ale w większości lokalna ludność. Im też zależy na tym żeby było bezpiecznie.

D.S. – Na koniec chciałem zapytać się, jak uważasz – w czym tkwi siła kultury dogońskiej i czy według Ciebie ona przetrwa?

E.P. – Myślę, że jej siła, tak jak wielu innych kultur afrykańskich, tkwi przede wszystkim w ich liczebności. Trudniej jest przetrwać nie tylko kulturowo, ale nawet fizycznie, społecznościom liczącym 50-100 członków (dotyczy to np. wielu indiańskich grup etnolingwistycznych), niż ludom 500-tysięcznym jak omawiani tu Dogonowie. A są oni i tak jednym z mniej licznych ludów w Afryce.

Antropologowie zadają sobie pytanie co świadczy o sednie, istocie danej kultury, co jest wzorem, na którym jest ona budowana. Ale kultura, tradycja jest dynamiczna, zmienia się, ciągle przeobraża, ulega wielu wpływom. Dzięki temu nie jest skostniałym tworem. Jest żywa. Część obrzędów, świąt zanika, lecz w ich miejsce pojawiają się nowe. Nie wiem co dokładnie świadczy o sile, magii kultury dogońskiej, ale wiem że ona przetrwa. Nigdy nie będzie tak, że pojedziemy do Mali i zobaczymy tam czarnoskórych Europejczyków. Tak myślę, a przynajmniej chcę w to wierzyć.

This slideshow requires JavaScript.


mgr Ewa Prądzyńska – etnolog, kierownik Działu Kultur Pozaeuropejskich w Muzeum Narodowym w Szczecinie. Zainteresowania: etnologia obszarów pozaeuropejskich, szczególnie Afryki Zachodniej i Ameryki Południowej, afrykańska sztuka przedstawieniowa i widowiskowa, pozaeuropejskie techniki rękodzielnicze.

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Dorian Scheuring Contributor
Redaktor Działu Podróży w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Dorian Scheuring – Urodzony 20 października 1994 roku w Zielonej Górze. Student kierunku lekarskiego na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. Pasjonat historii, kultury i tradycji afrykańskiej. Koordynator Lokalny Projektu „Medycy dla Afryki”. Założyciel portalu Burkina FAN. Tancerz. Miłośnik dobrej muzyki i podróży
follow me

Dodaj komentarz