Za pan brat z ciszą Recenzja: Emilio Reales –„Silence Vol. 1”

Już raz tu byłem – i jak się okazało, mimo moich delikatnych obaw, album, który przedstawiłem, spotkał się z Waszą przychylną opinią. Miło mi. Tak więc kto jest gotowy na więcej muzyki instrumentalnej?

Żeby nie było znów tak samo, wybrałem coś szczególnego. Co prezentuje sobą album Silence? Poprzednio atmosfera była nieco inna. Muzyka Gregoire’a Lourme była bardziej doniosła, wielka. A tutaj? Cóż, przekonajmy się.

Zacznijmy dość standardowo – od liczb. Dobór słów jest w tym miejscu celowy. Nie ukrywam bowiem, że dzisiejszy album *jest* szczególny. Dwanaście utworów (!) przekłada się na prawie czterdzieści cztery minuty przebiegu płyty. To oczywiście doskonały wynik – tym bardziej, że czas ten wypełniony jest doskonałą muzyką. Czasem jest tak, że coś zgrzyta, że w którymś momencie, któryś z utworów wyrywa nas z transu. Oczywiście tu nie ma czegoś takiego. No, może w jednym wypadku – gdy trafi się na melodię lepszą od innych.

Szczerze powiedziawszy trudno jest mi wskazać taką właśnie lepszą melodię. Nie dlatego, że jest ich tak mało, ale dlatego, że każda z nich zasługuje na wyróżnienie! Melodie niby to są proste, ale każda zapada w pamięć. W każdym jednym przypadku prowadzeni jesteśmy jak za rękę w – nie bójmy się tego słowa – magiczny świat muzyki w najlepszym wydaniu. Dla formalności dodam, że chodzi o fortepian. Może to nie to samo co ograny, ale w końcu też daje radę. Czasem też do gry dołączą się inne dźwięki – strunowe.

Gdyby mnie ktoś jednak chciał postawić pod ścianą i wymusić zeznania, to mogę wskazać dwa fragmenty – początek i koniec albumu. Pierwszy z nich dlatego, bo rozpoczyna całą tę podróż, w której można i trzeba się zatracić bez reszty. Drugi – bo zawiera moje ukochane (już w tej chwili) utwory Because of You i Down the River. Dla mnie czysta poezja – zarówno w warstwie „tekstowej” (tak, chodzi o tytuły), jak i przekazu (tak, znów chodzi o tytuły). Wyobraźcie sobie – piękny, letni dzień, słońce wysoko na niebie. Ale czegoś człowiekowi brakuje. Brakuje, bo w ten piękny, letni dzień jego ukochana jest gdzieś daleko, poza zasięgiem ramion. Z kolei Down the River daje nadzieję na wspólny spacer w dół rzeki – wszystko jedno jakiej, byle razem. Jeszcze krok, a moja dusza się rozpłacze. Wybaczcie, nie mogłem inaczej.

Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że Silence Vol. 1 jest pełen takich odniesień. Ja znalazłem takie, kto inny znajdzie inne – swoje. I na również na tym polega piękno dzisiejszego albumu. Kto miał opory przed wypróbowaniem Legends, niech spróbuje tego. Nie będę mówił, że „satysfakcja gwarantowana”, bo to się rozumie samo przez się. Tu chodzi o coś więcej. Jeśli ktokolwiek z Was narzeka, że w świecie jest za mało tego, co ważne – ten album może go przywrócić do stanu faktycznego. To właśnie udowodnił mi Emilio Reales. I jestem mu za to wdzięczny. 

O wspaniałości jego twórczości możecie przekonać się sami, klikajac w powyższy link. 

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz