Wrota podświadomości – fragment

Wrota podświadomości zaczęłam pisać w 2011 roku, wtedy jeszcze nie miałam ani tytułu ani dokładnego konceptu, jak posegregować te wszystkie historie. Wiedziałam jedynie, że będę chciała poprzez nie zmierzyć się z tajnikami psychiki ludzkiej. Fragmenty, które dziś publikuję na łamach Horyzontu to pierwsze szkice moich opowiadań sprzed lat, które miały zostać ujęte w zbiorze. Obecnie jestem w fazie prac nad tymi dwoma częściami oraz całym zbiorem i mam nadzieję, że uda mi się w przyszłym roku podzielić się nimi z państwem w skończonej wersji, już wydanej.

Pozdrawiam czytelników Horyzontu i zapraszam do lektury.

Anna Jakubczak vel RattyAdalan

Redaktor naczelna e-Magazynu Horyzont

 

Opaczni cz. 1

 

Świat jest dziwny. I wcale nie musi być kulą. Dajmy na to, niech będzie trójkątem albo walcem. To obojętne, byleby było na opak. Dlaczego? Bo ludzie kochają wszystko to, co jest na odwrót. Sami też są wymyśleni na opak. Nie rozumieją, że wolna wola nie służy do zabijana: siebie, czasu czy nudy. Zatem do czego ma służyć? – wiem, że chciałbyś mnie o to zapytać, widzę to w twoich oczach i ściśniętych dłoniach na kolanach. Wolna wola jest po to, aby widzieć świat takim, jakim jest i robić wszystko, by utrzymać harmonię. Ona jest synonimem otwartych oczu, czystego myślenia i śmiałego patrzenia. Ach, co ja ci mówię, przyjacielu o wolnej woli! Dzisiejsi ludzie jej nie mają, są brudni, skażeni, imitują ją dla własnej iluzji. Są cholernie na opak i tworzą właśnie taki dziwny świat. Nie nasz, ale da się go pokochać. Przyjacielu, żebyś wiedział, jaki on jest naprawdę… mam nadzieję, że kiedyś go zobaczysz.

Przesunę bliżej świeczkę, chciałbym lepiej widzieć twoją twarz. Trochę zbladłeś, jesteś jakiś nieobecny. Może byś coś zjadł? Samym światem się nie najesz, nie tym, który jeszcze widzisz. Proszę, weź jedną z kanapek. Na zdrowie, a co!

A teraz spójrz tam, w stronę horyzontu. Tam jest wszystko. Prawda skryta w kolorach. Obrazy z przeszłości, teraźniejsze oblicza i strach przed darem przyszłości. Każda z wojen, przyjrzyj się czerwieni. Krwawe niebo, kalkulujące dziejowe ofiary. Widzisz te ptaki? Ikary, feniksy, Bogowie RA oddani słońcu, umierający w nim. Jutro będzie lepiej, obudzi się błękit, w końcu po deszczu musi wyjść tęcza, bo

 

ludzi dobrej woli jest więcej

i mocno wierzę w to,

że ten świat

nie zginie nigdy dzięki nim. *

 

Wiesz, przyjacielu, powiem ci, że horyzont, przypomina mi mitycznego Uroborosa – w nim wszystko się zaczyna i wszystko się kończy. Ale jedno nigdy nie zazna kresu. Głupota. Nie ma trwalszej materii od głupoty. Nawet miłość nie jest od niej silniejsza, a wręcz bywa, że żyje z nią w symbiozie. I nie tylko ona poddaje się jej urokowi. I dlatego, Wacławie, dziwny jest ten świat. Ale jak mówiłem, trzeba go kochać, kiedy

 

nadszedł już czas,

najwyższy czas,

nienawiść zniszczyć w sobie.

 

I gdy tak siedzisz, milczący z wciąż zaciśniętymi rękoma na kolanach. Mam wrażenie, że kumulujesz w sobie całą energię świata. Nie trzymaj jej, tylko wyzwolona pozwoli na dalsze tworzenie. Zastanów się, co by było, gdyby każdy z nas zatrzymywałby ją tylko dla siebie. Umieralibyśmy po kolei, zabici wewnętrzną eksplozją. Ona musi być wolna, nigdy nie uda się jej ujarzmić. Tak, jak to bywa z kobietą. Kobiety… dziwniejsze są od świata.

– Wiem… – wymamrotał, bawiąc się zapalniczką w prawej dłoni.

– Zdaje mi się, przyjacielu, czy mruknąłeś coś pod nosem?

– Nic takiego – poprawił się niezręcznie na starym krześle, które jęknęło pod jego ciężarem.

– A jednak, jakbym coś słyszał – spojrzałem na niego baczniej, miał wzrok wbity w podłogę, a blond grzywka opadała mu na twarz.

– Mówiłem… że tak, są dziwne. Przynajmniej tak mi się zdaje – uniósł niepewnie głowę unikając patrzenia w moją stronę. Wiedziałem, że boi się, iż ujrzę w jego oczach prawdę.

– I właśnie w tym sęk – uśmiechnąłem się, nalewając herbaty do metalowego wojskowego kubka.

– Doprawdy? Zmieńmy temat… mówił pan, że świat mógłby być kulą?

– Jesteś młody, masz czas, by zrozumieć potęgę miłości – rzekłem w jego stronę, patrząc prosto w jego młode zagubione oczy, tym razem nie zdążył nimi uciec.

– Ale ja nie… znaczy niech mi pan nic nie insynuuje…

– Skąd to zniechęcenie, Wacławie? Nie oszukasz sam siebie, mój drogi.

– Bez powodu. – odburknął, rzucając niedbale zapalniczkę na stół.

– A jednak, coś zaprząta ci głowę. Nie zaprzeczysz? Za dobrze Cię znam.

– Nie – westchnął.

– Opowiedz mi o niej. – zachęcałem dalej.

– O kim? – zapytał zaskoczony. Jakbym trafił w najczulszy punkt.

– O tej, której imię zacznę za chwilę zgadywać.

– Ma na imię Magdalena. – odpowiedział natychmiast, jakby rażony prądem.

– Ładnie. Musisz ją kochać, delikatnie zaakcentowałeś każdą literę.

– Nieprawda! – odkrzyknął z niepohamowaną złością. Jego oczy miały w sobie ból i strach.

– Prawdę, zdradzają odruchy gniewu, mój chłopcze. A ty wiesz, jaka jest prawda. Twoje serce ją zna.

– Może… – poruszył się znów nerwowo na krześle.

– Podnieś dumnie głowę, zerwij pierwszy kwiat, który wskaże ci podświadomość jako ten właściwy i idź do niej – odparłem mu stanowczo, tym razem tasując karty.

– Nie jestem romantykiem.

– Więc tchórzem. – skwitowałem, układając pasjansa.

– Nie! – miałem wrażenie, że chciał wybiec, ale coś w ostatniej chwili go powstrzymało.

– Więc kim jesteś?   – zapytałem przekornie.

– Nie wiem.

– To idź, a się dowiesz.

– Jestem, tak jestem tchórzem. – odparł i wstał. Zaczął nerwowo krążyć po pokoju.

– Leniem – stwierdziłem ciut rozbawiony jego zachowaniem. Lubiłem Wacława, mógłbym rzec stał się dla mnie kimś na miarę syna. Młody zbuntowany, lekko naiwny, tak, jak kiedyś ja…

– No wie pan! – krzyknął oburzony, ale zaraz pokornie umilkł.

– To idź. Najwyżej wrócisz z pustymi rękami, ale ze świadomością, że zachowałeś odwagę, by nie zmarnować szansy.

– Ta… – mruknął i energicznie usiadł z powrotem na krzesło znów chwycił po zapalniczkę.

– Ach, wy młodzi. Strachliwi koneserzy. Świat pełen jest niebezpieczeństw, z których najgorszym jest człowiek. A wy, maluczcy boicie się miłości. Rozbawiasz mnie, Wacławie.

– Panu łatwiej jest mówić. Mieszka pan sam z dala od ludzi. Przyzwyczaił się pan do samotności. – powiedział zniechęcony.

– A tobie trudniej jest zrobić. – podsumowałem odkrywając kolejne karty pasjansa, tym razem trafiłem na asa kier.

– Dobrze pójdę do niej, ale….

– I to w tobie lubię, mój chłopcze. Mężne zdecydowanie – wtrąciłem mu się.

– Ale to będzie pana wina, jeśli wrócę z kwitkiem.

– Wtedy mój drogi, postawię ci pasjansa – zażartowałem, gdy był już przy drzwiach.

Kiedy wyszedł zamykając z piskiem drzwi, wiedziałem, że odmieni swoje życie. Bo boimy się nie tego co ma być, a tego, by zrobić krok.  Wierzę w Wacława. W to, że jest nadzieją na to, że Dziwny Świat, może zerwać z korzeniami. Jest moją nadzieją na to, że kiedyś będę mógł zmienić słowa swojej piosenki Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się wiele zła. I dziwne jest to, że od tylu lat człowiekiem gardzi człowiek. Jeszcze nie czas, może długo nie nadejdzie. Ale będę na niego czekał. A Wacław, on ma w sobie miłość, ale musi ją zrozumieć. Wiem to. I kiedyś razem będziemy mogli zaśpiewać nowe słowa piosenki. Bo wiara połączona z czynami, sprawia, że wszystko staje się możliwe.

 

 

Czesław Niemen – Dziwny jest ten świat*

Anna Jakubczak vel RattyAdalan**

 


 

Rozmowa cz. II

 

Liście. Tysiące liści chrupiących, kiedy stawiam każdy krok. Brązowe, złoto-czerwone, pomarańczowe opowiadające odrębną historię, jakby chciały upodobnić się do człowieka. Spadające samogroby, których profanum łamię co sekundę. Jest też wiatr, nie jest to Lewant, który zamieniłby mnie w zew natury, ale przyjemnie szepcze mi do ucha, abym szła przed siebie. Boję się spojrzeć w górę; wiem, że jest szaro, widać taka pora, że nawet niebo dopada melancholia. Pamiętam, że stary Wincenty, stajenny u wujka Bogusława, mawiał, że niebo dlatego jest szare, bo nawet Bóg czasem puści dymka, zmęczony ludźmi i ich modlitwami. Boję się spojrzeć w górę; wiem, że jeszcze za wcześnie, aby mnie zawołano na obiad, ale może aniołowi w końcu odechce jeść się samemu. Jest wpół do pierwszej.

 

Rozmyślanie o śmierci jest rozmyślaniem o wolności…*

 

Park jest pusty, lekko zamglony, jest zimno. Zwyczajnie. Ubrana w złotą kurtkę, wkupiam się w krajobraz. Przechodzę obok setnej z rzędu ławki. Wydaje się być ona tak beznamiętna, jakby nigdy nie zaznała ciepła ludzkiego ciała. Jak ozdoba, która nie ma na celu zapraszać do kontemplacji. Siadam, nie zważając na chłód drewna – każdy potrzebuje przyjaciela, nawet na chwilę.

 

Nic nie dane jest na zawsze.**

 

Milczymy obie, każda na swój sposób. Nie chcę naruszać jej rzeczywistości, obrywam przypadkowy liść, znów naruszam profanum. Przysiada się do mnie młoda kobieta. Nie wiem którędy przyszła, alejki były tak samo puste jak wcześniej. Jest nietypowa, jakby nie z tej epoki. Ma na sobie szary skórzany płaszcz, wyglądający na przedwojenny i buty, czarne kozaki. Przy jej nodze leży potężna stara walizka, która również wygląda na przedwojenną. W pierwszej sekundzie wydaje mi się tak dziwaczna, że po prostu chcę wstać i pójść jak najdalej, ale nie wyczuwam w niej zagrożenia.

Zostaję.

 

(..) najgorzej w życiu to samotnym być…***

 

Kobieta poprawia starty mahoniowy kapelusz i otrzepuje kolana, jakby był na nich niewidzialny kurz. Robi to z gracją i delikatnością, która zauroczyłaby każdego, kto by na nią spojrzał. Przyglądam jej się uważnie, ale z pewną dozą ostrożności. Nagle nieznajoma przesuwa wzrok w moją stronę.

– Wiem czego szukasz – odzywa się po chwili miękkim głosem.

– Nie do końca rozumiem – odpowiadam zmieszana.

– Każdy w życiu wciąż czegoś poszukuje. Gdzieś biegnie albo się gubi. Najczęściej mając sens życia przed oczami – uśmiecha się do mnie, w jej oczach tli się dobro. Nie, nie jest chora psychicznie, patrząc głębiej, widać, że zrozumiała, w czym tkwi sedno życia. – Człowiek ściska je w ręku, wciąż poszukując – dodaje.

– Nie wiem, dlaczego Pani mówi do mnie te słowa? – pytam, czując dziwne mrowienie wywołane naszą rozmową.

– Ponieważ jesteś u celu –   odpowiada Eleonora. – Pozwoliłam sobie tak ją nazwać, wydaje mi się, że tylko to imię, mogłoby do niej pasować.

 

Milknę w zamyśleniu, trzymając skrawek liścia.

 

Im więcej się wie, tym częściej się milczy…****

 

Polubiłam ją, choć praktycznie jej nie znam. Eleonora ma w sobie coś, co sprawia, że chociaż wygląda dziwnie, czuję się przy niej jakiś niewyjaśniony spokój. Już nie chcę uciekać, a siedzieć i móc rozmawiać z nią póki czas w kółko pędzi w nieznane. Mam wrażenie, że to ona zna mnie, że sięga do głębi mojej duszy.  Ciekawi mnie kim jest. Czy tylko dziwaczną kobietą napotkaną w parku czy aniołem stróżem, od którego za chwilę mam otrzymać swoje własne kamienie urim i tumim*****?

Eleonora uśmiecha się do mnie. Drobna grzywka przykrywa  jej czoło, długie czarne włosy, które spięła w kucyk sięgający prawie do pasa. Jej twarz przypomina buzię porcelanowej laleczki. Delikatna, matowa cera, zaróżowione policzki z zimna lekko popękała jej dolna warga. Dłonie trzyma na kolanach, widać, że są przemarznięte. Zaproponowałabym jej pożyczenie rękawiczek, ale sama zapomniałam swoich.

– Dlaczego tak mi się Pani przygląda? – pytam po chwili.

– Bo wiem, że niedługo przestaniesz się wahać.

– Przed czym? – dopytuję dalej, patrząc głęboko w jej szkliste oczy.

– By zrobić krok.

– Nie rozumiem.

– Wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos. Odpowiedź tkwi w tobie samej, Magdo – uśmiecha się do mnie matczynie.

– Kim jesteś? Dlaczego w ogóle z tobą rozmawiam? Skąd znasz moje imię? – oburzam się. Mam ochotę zakończyć te rozmowę i odejść. Metaforycznie odepchnąć ją od siebie.

– Bo chcesz , abym przekonała cię, byś poszła właściwą drogą. Złamała twój strach. Kim jestem? Możesz nazwać mnie kobietą niespełna rozumu lub drogowskazem. Wybór należy do ciebie – odpowiedziała spokojnym głosem.

– Nadal nie dałaś mi odpowiedzi, skąd znasz moje imię – dodaję. Jestem zdezorientowana. I wciąż nie rozumiem, dlaczego rozmawiam z tą kobietą. Wydaje mi się intrygująca, ciekawi mnie co jeszcze ma mi do powiedzenia. A z drugiej strony, czy powinnam z nią w ogóle rozmawiać? – pytam siebie.

– Sama mi je powiedziałaś.

Zaczynam odtwarzać naszą rozmowę klisza po kliszy, ale chociaż co jaki czas naciskam pauzę, nie znajduję upragnionego fragmentu, który dałby mi odpowiedź na zadane przeze mnie przed chwilą pytanie.

– Nie przedstawiałam się – odparłam lekko zdystansowana, może zbyt napuszonym tonem.

– Twoje oczy mówią o tobie wszystko. Patrząc w nie, mogę wiedzieć o czasie twoich narodzin, ulubionym kolorze, uczuciach, które pulsują płynąc razem z krwią, i w końcu jakie jest twoje przeznaczenie.

 

Bo w oczach tkwi siła duszy******

 

Poprawiam futrzany kołnierz kurtki i przeczesuję ręką włosy potargane przez wiatr. Staram się poskładać puzzle w całość, które posypały się w mojej głowie, ale wciąż pozostają dodatkowe elementy, jakieś drobne „ale”. Eleonora patrzy przed siebie, mam wrażenie, że czeka na mój ruch, kolejne słowo. Jednak znów to ona, odzywa się pierwsza.

– Widzisz te wszystkie liście?

– Tak – odpowiadam krótko.

– Przypatrz się im i dokładnie i  zastanów, jak one leżą.

Spoglądam na parkową trawę usłaną złotą pierzyną, która rozpościera się przed nami. Początkowo staram się wyłapać ukryty sens zagadki, która zadała mi Eleonora, ale w końcu odpowiadam:

– Są blisko siebie.

-Właśnie – wtrąca z radością. – Nie zwracamy uwagi na proste znaki, jakie mamy przed nosem. Często nieświadomie depczemy je, tak jak ty, Magdo, kiedy szłaś alejką. Nie dostrzegamy, że w liściach jest nasze odbicie. Rzeczywistość. One nigdy nie są same, spójrz tylko, opadają w swoje ramiona i trwają jedno przy drugim. Nigdy nie są samotne, jak ludzie. Kochają, poświęcają się i umierają razem. Jedno, czekające na drugie.

– Ale jaki to ma związek ze mną?

– Dlaczego wciąż pozwalasz mu czekać? – odpowiada pytaniem na pytanie.

Czuję się zmieszana. Przez chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią.

– Nie wiem.

– Idź, ludzie nie są jak liście. Nie czekają wiecznie – zachęca mnie.

– Al.. – nie udaje mi się dokończyć.

– Nie pytaj już o nic, kochanie. Po prostu idź –  uśmiecha się do mnie ostatni raz na pożegnanie.

W tej samej chwili, jak popchnięta niewidzialną energią, wstaję i biegnę przed siebie. Zostawiając za sobą strach na parkowej ławce i Eleonorę, której może już nigdy nie spotkam.

 

Bo biegnie się dla miłości, a nie pod wiatr.*******

 

Jim Morrison*

Marek Torzewski**

Rysiek Riedel***

Jonathan Caroll****

Coehlo „Alchemik” – Kamienie, które otrzymał Santiago od Starego Króla *****

P.Coelho ******

RattyAdalan*******

 

 

Anna Jakubczak vel RattyAdalan

Fragmenty opowiadania ze zbioru „Wrota podświadomości”

Szczecin 2011/2012r.

 

Fotografia: Piotr Kuchta

 

https://www.youtube.com/watch?v=MwpMEbgC7DA

  • Inne tego autora
  • Polecane
Anna Jakubczak Administrator
,
Anna Jakubczak vel RattyAdalan (Redaktor Naczelny) – (1994) poetka, prozatorka, publicystka, redaktor naczelna Magazynu Kulturalnego Horyzont oraz organizatorka spotkań autorskich w Książnicy Pomorskiej. Studentka dziennikarstwa i zarządzania mediami oraz studiów pisarskich na Uniwersytecie Szczecińskim. Współpracuje ze szczecińskim oddziałem Związku Literatów Polskich, Inku Szczecińskim Inkubatorem Kultury, Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach, portalem SilesiaYoung, Wydawnictwem Edgard oraz kilkoma polskimi zagranicznymi organizacjami. Swoją twórczość publikowała w wielu antologiach, zarówno w Polsce i zagranicą. Jest stałą autorką w cyklu poetyckim The Year of The Poet, wydawanym przez amerykańskie wydawnictwo Inner Child Press, kierowane przez Williama St. Petersa. Wyróżniona w II Ogólnopolskim Konkursie im. Jóżefa Bursewicza O Złotą Metaforę za wiersz Przypinka. Autorka tomu poetyckiego Ars Poetica (Londyn, 2013), w przygotowaniu kolejny tom Rozmowy nocą oraz powieść Wiatr nadziei.

Dodaj komentarz