W tył zwrot, recenzja: James Arthur – „Back from the Edge” (2016)

Nigdy nie ukrywałem, że mam sentyment do piosenkarzy i zespołów młodego pokolenia. Wszystko przez to, że mogłem patrzeć na przebieg ich kariery od debiutu po czasy obecne, co nie zdarza mi się często ze względu na mój młody wiek. Tym razem miałem jednak okazję zapoznać się już z drugą płytą w dorobku pewnego artysty.

Mowa oczywiście o Jamesie Arthurze – zwycięzcy dziewiątej edycji brytyjskiego The X Factor z 2012 roku. Trochę czasu minęło od tego wielkiego sukcesu, a przyznać muszę, że jego debiut sygnowany rokiem 2013 (nazwany po prostu James Arthur) od razu znalazł się na honorowym miejscu w mojej kolekcji. Hity takie jak You’re Nobody ‘Til Somebody Loves You czy Get Down nucę sobie do dziś. Ponownie powraca więc sytuacja, gdy poprzeczka została zawieszona wysoko. I znów stawiam to samo pytanie: jak kolejny krążek artysty odpowie na pokładane w nim oczekiwania?

Łatwo policzyć, że od premiery pierwszej płyty minęło już około pięć lat, a kolejna została wydana trzy lata później. Jest to rynkowy standard, więc nie miałem podstaw do wnioskowania, że James musiał przemyśleć swoją karierę, podjąć ważne decyzje czy po prostu odpocząć. Co więcej, wkrótce będzie się można pewnie spodziewać kolejnego albumu z jego nazwiskiem na okładce. Zdziwił mnie więc tytuł wydawnictwa – „Powrót znad krawędzi”. Z jakiej czeluści miałby powrócić? Jak się okazało, piosenkarz cierpiał na depresję, pił i brał narkotyki. Ten album jest więc efektem jego powrotu do życia, w rzeczywistości i w przenośni – artystycznie. Pozory mylą, nie da się ukryć.

Od samego początku i pierwszego kontaktu z twórczością Jamesa narzuca się słuchaczowi jeden element – głos artysty. Długo miałem dylemat, jak go sklasyfikować, ponieważ jego brzmienie nie jest standardowe. Z jednej strony brakuje mu momentami trochę wyrazistości, ale na pewno nie charakteru. Zwłaszcza wtedy, gdy trzeba wyciągnąć dźwięk, ukazuje się jego prawdziwe oblicze. W ciągu odsłuchania nagrania na pewno ukaże się to i Wam – choćby w utworze Sermon, który oczywiście polecam.

Pierwsza płyta odbiła się echem w mojej kolekcji również z powodu współpracy Jamesa z Emeli Sandé – wspólnie zaśpiewali utwór Roses. Tym razem zaprosił on Shotty’ego Horroha i znaną nam skądinąd MaRinę. Płyta nie jest zła, nie chcę powiedzieć, że żałuję jej odsłuchania – ale dopiero  ostatnia piosenka, Let Me Love The Lonely, tj. właśnie duet z MaRiną, sprawiła, że poczułem się dumny z zakupu. Są tu utwory lepsze i gorsze, ale ten jest wprost genialny. Szkoda, że po pierwsze jest powtórzony (za pierwszym razem James śpiewa solo), a po drugie króciutki (tylko 2:50). Ja chcę więcej!

Jak już wspomniałem, artysta przebył długą drogę. Ma to swoje odzwierciedlenie w tekstach. Dużo tu głębi i powagi – w przeciwieństwie do dość rozrywkowej poprzedniej płyty. Daleko nie szukając, mogę przytoczyć fragment wspomnianego wyżej Let Me Love The Lonely: „Lighthouse without the lights / You smile without your eyes / I know, cause I do that too / Your own worst enemy / You think that no one sees / I do, cause I’m like that too”. W połączeniu z nie mniej pięknym refrenem daje to miażdżącą mieszankę uczuć. Jego muzyka nie jest jednak mroczna i ciężka – powiedziałbym raczej, że jest bardzo stonowana. Nie ma już jazzowych trąbek z You’re Nobody… świadczących o artystycznej swobodzie, nie ma już wymyślnych aranżacji i łatwych do zaśpiewania, chwytliwych refrenów. Gdzieś to wszystko uciekło – ale nie powiem, że wyszło to płycie na niekorzyść. Trzeba tylko oddać autorowi sprawiedliwość i powiedzieć, że tak miało być. Bo to jego powrót i z tego się niezwykle cieszę!

James Arthur mimo wszystko nie należy do grona moich ulubionych artystów. Jest na tej liście wysoko, ale do statusu choćby Paramore mu jeszcze daleko. Przy pomyślnych wiatrach już niedługo kupię ich płytę – a do tej pory bardzo dziękuję Jamesowi za krążek, który mam teraz w rękach. Była to bardzo miła podróż przez muzykę – i przez treść. Wielu artystów zapomina o niej lub traktuje ją „po macoszemu”. Dobrze wiedzieć, że na rynku znalazła się kolejna mądra płyta. Wszystko jedno, czy kolejna będzie powrotem do zabawy i bezbolesnych rytmów, czy nie – ja będę pamiętał o tej z dzisiejszej recenzji. I polecam ją wszystkim tym, którzy chcieliby posłuchać czegoś innego. Nie „wymyślnie innego” czy „awangardowego”, ale tak bardziej na spokojnie – dobrego i dopracowanego. Nie zawiedziecie się!

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz