W świecie dziwnych dźwięków, recenzja: LukHash – „Glitch” (2017)

Lubicie polskie akcenty? Ja też. Tak naprawdę to wszyscy je lubimy. Jest nawet taka społeczność, gdzie ludzie o podobnych poglądach szukają naszych rodaków w listach płac kończących różne filmy. I jak tu nie być patriotą!

 

            Ale do rzeczy. Od jakiegoś czasu w sieci działa i tworzy jegomość o pseudonimie artystycznym LukHash. Jego działka to muzyka, co mnie osobiście niezmiernie cieszy – jest to bowiem (jak zapewne już zdążyliście zauważyć) moje pole działania i mam nadzieję – waszej uciechy ten raz w tygodniu, gdy możecie zapoznać się z moimi rekomendacjami. Tym razem miałem mały dylemat, bo wolałbym przedstawić Wam nieco starszy album tegoż twórcy, lecz złożyło się tak, że całkiem niedawno światło dzienne ujrzał nowiuśki „krążek” sygnowany jego nazwiskiem. Pseudonimem. Wiecie o co chodzi…

 

            Muzyka elektroniczna do takie coś, co trudno w sumie sklasyfikować. Nie dlatego, że się nie da, bo były i są tego przykłady, ale dlatego, że jest tego znacznie więcej niż można na spokojnie ogarnąć. Zacznę więc od pytania: czy słyszeliście o czymś takim jak chiptune? Jeśli nie, to nie macie się czego obawiać, bo to dość stara śpiewka. Tak stara jak pierwsze Atari czy GameBoy. Już kojarzycie? To jesteśmy w domu. Mogę wiec bez obaw wyznać, że jest mi ona bardzo bliska. Stąd też żywe zainteresowanie albumem „Digital Memories” LukHasha. Tak bardzo przypominał mi on stare, dobre czasy. Nic jednak nie trwa wiecznie, a sam ten album był raczej, jak sama nazwa wskazuje, przypomnieniem sobie tychże radosnych chwil, niż czymś poważniejszym. Jak ten tutaj chociażby, czyli „Glitch”.

 

            Jak już wiecie, album ten to muzyka elektroniczna, czerpiąca swe inspiracje z pradawnego gatunku. To tak gwoli przypomnienia, gdybyście posnęli do tej pory… Więc może rozkręcę trochę atmosferę i w końcu przejdę do wspomnianej już rzeczy. Album składa się z 12 utworów, dość standardowej długości – na tym polu nie mam więc do czego się przyczepić. Lubię utwory długie, ale nie ma co wymagać ponad miarę. Zwłaszcza, że autor zagwarantował nam (słuchaczom) sporą różnorodność materiału. Zahaczył on nawet o tak odległe brzmienia jak Drum and Bass (wiecie, dość wyraźne uderzenia na tle jeszcze wyraźniejszej linii melodycznej). Osobiście szukałem jednak czegoś innego – tych magicznych chiptune’ów. Myliłbym się, gdybym oczekiwał po tym autorze czegoś innego, ale niestety (spokojnie, tylko dla mnie) nie ma ich tam w ilościach dla mnie satysfakcjonujących. W „Digital Memories” było tego znacznie więcej, szybko więc zaskarbił sobie moje uznanie. Tu co prawda czuć tę niepowtarzalną atmosferę, całość jednak poszła w swoją stronę, zostawiając ją daleko w tyle. W końcu mamy rok 2017, a gust odbiorcy znacznie się zmienił.

 

            Czego zatem oczekuje dzisiejszy słuchacz? Na pewno rozrywki w dużych ilościach – i to właśnie daje nam najnowszy krążek od LukHasha. Zarówno starsi gustem jak i Ci całkiem nowi w temacie powinni poczuć się zadowoleni. Polski muzyk już nie po raz pierwszy udowadnia swoją pracą, że da się zmontować coś takiego, co połączy pokolenia. Dźwięki charakterystyczne dla obu epok łączą się, dając w rezultacie niezapomniane wrażenia. Mogę to potwierdzić swoim własnych doświadczeniem. Choć nie wymienię wielu autorów (nigdy się tym tak mocno nie interesowałem), to właśnie owo genialne brzmienie chiptune’ów jest mi niezmiernie bliskie. Cieszę się więc podwójnie, słuchając „Glitch” – raz, że znów mogę to przeżyć, dwa, że mogę się tym z Wami podzielić.

 

            Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak jeszcze raz zapewnić Was, że będziecie zadowoleni, pod jednym warunkiem – że lubicie muzykę elektroniczną. Do miłośników innych gatunków może ów album przemawiać mniej, co jest zresztą bardziej jak zrozumiałe. Posiada on jedną ważną zaletę – nie jest hermetyczny. Gdy kiedyś pokazałem komuś oryginalną twórczość spod znaku chiptune, osoba ta nie była zbyt szczęśliwa z tego faktu. Tak więc zarówno gdy chcecie się przekonać, czym ów gatunek był oraz powiększyć swoją kolekcję o jeszcze jeden ciekawy LP – nie zastanawiajcie się długo. Do pobrania wymagane jest darmowe konto, ale czymże to jest dla 42 minut muzycznej rozkoszy? Fani lepszej jakości będą mogli zapłacić niecałe 11 euro zaopatrując się w cyfrowy album za pośrednictwem serwisu Bandcamp (LINK) – co dodatkowo wspomoże autora w jego twórczości. Co lepiej wybrać – odpowiecie już sobie sami.

 

Link do pobrania: https://www.jamendo.com/album/165015/glitch

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz