Trzy siostry, recenzja: HAIM – „Something To Tell You” (2017)

Jeśli zajrzy się do sekcji komentarzy na YouTube, można czasem wysnuć wniosek, że wiele mówi się tam o upadku dzisiejszej muzyki, zwłaszcza gatunku takiego jak pop. Mówi się o degeneracji, o złych wzorcach. Miło mi więc było czytać opinie pod teledyskami do piosenek dziś prezentowanego zespołu, z których jasno wynikało, że jest nadzieja – że mamy do czynienia z powrotem do tego, co dobre. Robi się ciekawie!

Po takim wstępie oczekujecie pewnie rewelacji. To z lekka kłopotliwa kwestia. Z jednej strony wiele utworów kwalifikuje się do wychwalania, zaś z drugiej zdarzają się niedociągnięcia. Zanim jednak do tego przejdę, opowiem o przyjemniejszej części przedstawienia. Este, Danielle i Alana Haim tworzą zespół, w którym razem grają i śpiewają. Najczęściej to Danielle posługuje się swoim głosem, ale tak to już trzy siostry ułożyły, że zawsze któraś coś doda od siebie. Jak w otwierającym zestawienie Want You Back, gdzie każda z kobiet po kolei wyśpiewuje swoją partię. Wokal Danielle jest wprost boski i nie podważam faktu, że był to dobry wybór – lubię po prostu pewną różnorodność. Nie za dużo, ale zawsze – i to właśnie dostałem. Szaleję ze szczęścia!

Warto podkreślić, że po przesłuchaniu tej konkretnej płyty, w moim życiu zagościło o wiele więcej radości. Prawdą jest to, co przeczytać można choćby na przytoczonym już YT, sam się pod tym podpisuję! Nie dość, że dziewczyny tworzą z energią, są zgrane jako zespół, to jeszcze nie robią nic na siłę. Wydawać by się mogło, że grają dla samej radości grania. To ich druga płyta studyjna, a już takie osiągnięcie? Coś musi być na rzeczy. Dla wyjaśnienia dodam, że poprzednia ukazała się w 2013 roku, a działalność zespołu zaczęła się siedem lat wcześniej. Łatwo policzyć, że nie tak dawno temu świętowały dziesięć lat działalności. Siostry miały więc dużo czasu, żeby wszystko między sobą ustalić. Szkoda tylko, że dotychczas wydawały niewiele – choć z drugiej strony to może lepiej, bo od razu pokazują światu bardziej dojrzały materiał.

Sama muzyka niezwykle do mnie przemawia. Zazwyczaj jest tak, że każdy członek zespołu ma swoją specjalność, której się trzyma. W tym przypadku także mamy do czynienia z podziałem obowiązków, ale granice są z lekka luźniejsze. Takie relacje wewnątrz zespołu są warte uwagi i dają oryginalne efekty. Co jak co, ale trzy wokalistki to bardzo dużo, nawet jeśli – jak wspomniałem – tylko jedna z nich ma tę rolę niejako „przypisaną” na stałe. Tylko biedny perkusista ma najgorzej, bo o jego istnieniu dowiedziałem się ze strony internetowej…

Przesłuchanie płyty zajmuje tylko czterdzieści parę minut, co jest wynikiem dość standardowym. Pewne minusy zauważa się w poszczególnych tylko utworach – tam, gdzie siostry chciały „zaszaleć” i wkomponować w piosenkę jakiś nietypowy element. Już w drugim utworze muzyka nagle się urywa (formalnie to robi się bardzo cicha) i do tej pory podczas słuchania prześladuje mnie wrażenie, jakby mój odtwarzacz zawieszał się w tym właśnie miejscu. Jeśli mam być szczery, to moim zdaniem utwór Right Now jest najgorszy z albumu. Sam w sobie jest zdecydowanie artystyczny i za parę ciekawych pomysłów go cenię – lecz na tle innych ścieżek wypada wyraźnie gorzej. Zastanawia mnie też dobór dźwięków w finale Want You Back. Sama piosenka jest cudowna, ale na sam koniec utworu pojawia się elektroniczny sampel, przypominający mi powiadomienia pewnej wtyczki do przeglądarki, sygnalizujące aktywność w serwisie streamingowym. Z tym także nie potrafię przejść do porządku dziennego.

Gdy przychodzi do podsumowania, nie mogę się nie przyznać, że spędziłem z tą płytą więcej czasu, niż planowałem. Jest tak wyjątkowa! Jak napisałem wcześniej, album ma pewne wady – dość jednak niewielkie w stosunku do pozytywów, tj. umiejętności, jakimi wykazały się dziewczyny. Polubiłem je od pierwszej piosenki i nadal mam wrażenie, że powinienem posiedzieć z nimi jeszcze trochę… Cóż jednak począć, gdy trzeba pisać o następnych moich muzycznych podbojach i kolejnych albumach zdobywających moje uznanie. Temu dałbym specjalną plakietkę. Nie jest „przebojowy” ani przepełniony „hitami” pokroju tych z rozgłośni muzycznych, ale mam bardzo uzasadnione podejrzenia, że kolejne ich płyty kupię bez zastanowienia. Mam taką niepisaną listę ulubionych zespołów czy artystów – warto się zastanowić nad dodaniem do niej HAIM. Obym tylko nie musiał czekać kolejnych czterech lat na kolejną okazję do spotkania z ich muzyką!

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz