Time of Recital

Występ Klausa i spółki. Szczególny powód, by udać się w tę wyjątkową podróż. Tam, gdzie legenda o smoku pałaszującym dziewice na śniadanie jest ciągle żywa, a turystów z różnych stron świata na pęczki. Skrupulatne podliczenie oszczędności, kupno biletów, skompletowanie bagażu, przeprowadzony naprędce rekonesans planu miasta. I niecierpliwe oczekiwanie na TEN dzień.


Plecak już spakowany. Wypełniony rzeczami, które w większości po dotarciu na miejsce i tak okazują się niepotrzebne. Zawsze tak jest. Mniejsza o to. Godzimy się jednak z tym stanem rzeczy, dochodząc do wniosku, że lepiej mieć, niż nie mieć. Nie ociągamy się więc dłużej, czas nagli. Ruszamy. Witaj, przygodo!

 

Docieramy do celu późnym wieczorem. Czeka na nas kolacja, orzeźwiający prysznic, ciepłe łóżka i trochę spokoju. Przed pójściem spać czas na lekturę wypada znaleźć. Szperam w plecaku w poszukiwaniu mego prostokątnego towarzysza ekspedycji wszelakich. Jest. Chyba nieco zagniewany, taki trochę pogięty i wygnieciony. Nie uskarża się jednak. Minuty mijają w ciszy. W sąsiednim pokoju pstryknięcie kontaktu. Rzucenie okiem na zegarek. Dochodzi pierwsza. Najwyższa pora, by odpocząć. Złożona wejściówka jako zakładka dzieląca kolejne stronice. Przyglądam się jej z czułością. Do jutra.

 
Nazajutrz ekspresowy poranny posiłek okazuje się być udanym początkiem dnia. Dłużej nie zwlekając, opatuleni szalikami wychodzimy na spacer. Pogoda jak z nut, choć prognozy twierdziły inaczej. Słonecznym szlakiem zmierzamy na Wawel. Po drodze sunąca lotem koszącym chmara gołębi o mały włos nie pozbawia nas (chwilowo) dobrych humorów. Starówka jak z bajki; a jednak pocztówkowe widoki nie kłamią. Wstępujemy na moment do Sukiennic, kręcąc się i oglądając stoiska z pamiątkami. Ceny – niebotyczne. Nawet za taki niepozorny magnes w kształcie orzełka, co to można przypiąć na drzwiach lodówki. Za sycenie oczu tymi wszystkim cudńkami płacić nie każą. No i dobrze.

 
W międzyczasie, mając za przewodnika pomstującego na konsumencką opieszałość żołądek, trafiamy do pobliskiego baru. Delektujemy się delikatnością smaków i wdychamy miłe wonie ulatujące z kuchni. Tak, tego nam było trzeba. Wszakże pokarm dla duszy dopiero po zmierzchu.

Punktualnie o 19 wsiadamy do tramwaju. Ściśnięci jak sardynki w puszczce, blisko pół godziny tłuczemy się przez centrum miasta, by w końcu zakotwiczyć na jego obrzeżach. Śpiesznym krokiem zdążamy pod arenę, na którą za kilka chwil wyjdą bohaterowie wieczoru. Stajemy w kolejce długiej niczym szanghajski korek uliczny. Przydreptujemy z nogi na nogę, gderając ze zniecierpliwieniem. To uczucie, które cię wypełnia w takich chwilach… Jak to właściwie nazwać? Ekscytacja? Tak, chyba o to chodzi.

 
Przeszukani i odprawieni, zajmujemy miejsca. Powoli zapełniające się sektory, wcześniej martwe i opustoszałe, zaczynają tętnić życiem. Błyskają flesze, migocą światła kamer i aparatów, tumult wzmaga się coraz bardziej. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Scena już przygotowana, spowita ciemną kotarą. Dostrzegamy przechadzających się za nią członków kapeli. Coś tam mówią, śmieją się, wymieniają spojrzenia, gestykulują… Czym nas zaskoczą tym razem?
Raz… dwa… trzy!

 
Już są! Tak, to oni! Niedowierzanie, które po chwili przeobraża się w ekstazę, szał, by chłonąć całym sobą tę dziką, energetyczną i nieokiełznaną rockową młóckę. Dać upust emocjom, wydestylować pierwiastek szaleństwa. Uronić niejedną łzę, westchnąć w chwili najwyższego uniesienia, dotknąć chmur, dostać skrzydeł, pofrunąć wyżej i wyżej wgłąb przestworzy… jako ten tytułowy “Anioł” albo “Gołębica”. Wystawna uczta dla zmysłów, gromka symfonia dla uszu.

 
Blisko dwie godziny niezapomnianego występu. Zdecydowanie za krótko jak dla kogoś, kto miał apetyt na więcej. Jednakże intensywnością doznań i przebiegiem spektakl ten nie zawiódł. Wciąż brzmią nam w uszach dźwięki kultowych hitów, gdy w drodze powrotnej nucimy “Wind of Change” i “Send Me an Angel”. To jak narkotyk. Weźmiesz raz i nie możesz oprzeć się pokusie, by nie zrobić tego po raz drugi. A potem trzeci, czwarty… i tak dalej. Aż uzależnisz się całkowicie.

 

Hmm… a sen? Tej nocy nie da się zmrużyć oka.

 

Pora wracać do domu. Pozostaną piękne wspomnienia. I chęć, by pojawić się tu ponownie.
To jasne jak słońce. Wrócimy. I to już niebawem.

 

Autor: Michał Woszczyło

Zdjęcie: Internet

Redakcja Administrator
Magazyn Kulturalny Horyzont – nieformalne pismo internetowe założone 5 września 2015 r. przez dziennikarkę, poetkę i kandydatkę do ZLP Oddział Szczecin Annę Jakubczak. Horyzont ma na celu przekazywanie rzetelnych informacji, zachęcać do rozwoju osobistego i poznawania świata oraz dawać możliwość pokazania się szerszemu gronu poprzez organizowanie spotkań autorskich, wernisaży, slamów poetyckich i innych imprez kulturalnych we współpracy ze Związkiem Literatów Polskich oddział w Szczecinie, Książnicą Pomorską, Starą Rzeźnią oraz Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach.
follow me

Dodaj komentarz

Przeczytaj również:

Share via