Śpiewające siostry – Tegan and Sara – Love You to Death (2016)

Dobrze widzieć, że można w rodzinie żyć tak blisko siebie. Nie dość, że siostry, to jeszcze bliźniaczki. Serio, nie rozróżniam ich. Ze strachem w oczach czytam komentarze ludzi, którzy potrafią tego dokonać… Mnie wystarczy wiedza, że razem śpiewają. Pocieszające, wiem.

Wszystko zaczęło się od Closer – tak wyglądał pierwszy kontakt przynajmniej w moim wypadku, bo to różnie przecież bywa. Był to zamierzchły rok 2013 – stare dzieje. Cztery lata później mam przed sobą ich album. Pierwszy w mojej kolekcji, aż ósmy w ich karierze. Nie powiem, że żyłem przez ten czas pod kamieniem, ale coś w tym jednak jest. Gdzie one były przez całe moje życie?

Co warto powiedzieć, to że Closer był jakby odosobniony. Może przez prosty fakt, że w naszym kraju tamten album przeszedł jakby bez echa. Prawda, puszczali to w radiu czy telewizji, ale do tego, co dzieje się za naszymi granicami, wciąż wiele jeszcze pozostawało. Ja sam na poważnie wkręciłem się w twórczość sióstr Quin poprzez singiel z opisywanego dziś krążka – Boyfriend. Co ciekawe, po przesłuchaniu całej płyty stwierdzam, że ten mój ulubieniec z YouTube ma poważną konkurencję w postaci swoich sąsiadów z tego samego nośnika. Ciekawe.

Co więcej, jest on, można powiedzieć, dość słabym reprezentantem swoich „towarzyszy”. Utwór jest krótki i zdecydowanie za szybko się kończy. Ale to już bolączka całego albumu – wszystko trwa tylko pół godziny. Z miłą chęcią wcisnąłbym tam jeszcze coś… Nie żeby obecne utwory pozostawiały niedosyt artystyczny – po prostu jest ich tam za mało. Zwłaszcza, że nie doczytałem się, aby postała wersja Deluxe. Co więc z tego, że się wkręciłem? Pozostaje mi tylko włączyć rzecz od początku, nie ma innej rady.

Ale, ale, trochę się zagalopowałem. Może bym tak powiedział najpierw, co reprezentują sobą kanadyjskie bliźniaczki? Otóż grają – bardzo dobrze, dodam – mieszankę popu i muzyki elektronicznej. Już sam ten element przykuł moją uwagę od pierwszych chwil spędzonych z albumem. Ale to oczywiście nie koniec! Jak już zauważyliśmy, dziewczyny śpiewają razem, to znaczy we dwie. Czysty miód. Zazwyczaj jest tak, że śpiewa sobie jakiś pan czy pani, a reszta mu/jej wtóruje. Tu jest inaczej – w większości przypadków panie śpiewają jednocześnie. A że ich głosy są bardzo podobne (acz nie jednakowe), to wychodzi taka bomba, że się oderwać od tego nie mogłem. Tylko nie pytajcie mnie proszę, która z nich ma ładniejszy głos…

Mimo iż generalnie płyta nie jest petardą, to broni się całkiem dobrze. Jest różnorodna, nie nudzi – i pełno w niej momentów, które zapadają w pamięć. Aż się człowiek zapomina i podryguje, śpiewa i kręci się w krześle, gdy je na powrót usłyszy. Bardziej dynamiczne kawałki przeplatają się tu z tymi wolniejszymi – ale to raczej standard niż cecha szczególna. Tematyka też jakby znajoma (a zgadnijcie)… Czy mogę więc ze spokojnym sercem polecić najnowsze „dziecko” grupy Tegan and Sara? Krótko – tak. Dłużej – też tak. Jeśli szukacie czegoś unikalnego, nieszablonowego jak na to, co puszcza się w mass mediach – nie zastanawiajcie się ani chwili. Zaskakująco nie będzie, ale na pewno mega przyjemnie. Jakby jeszcze dodać te parę utworów…

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz