Samolotem do Korei, recenzja: Artem Koker – „Wild Dream” (2016)

Od kilku recenzji wstecz zabieram Was w podróż po gatunkach. Zawitaliśmy już do krainy jazzu, country… przyszła więc pora na kolejny punkt programu. Osobiście nie mam z tym konkretnym gatunkiem za wiele wspólnego, ale przyznać muszę, że niektóre jego elementy przemawiają też i do mnie.

Na początek krótka i prawdziwa historia. Dawno temu, gdy rozpoczynałem swoją przygodę z muzyką, postawiłem sobie zadanie odnalezienia mojego osobistego rodzaju muzyki, takiego dla mnie. Pewnego ranka, o godzinie niegodnej wstawania w okresie wakacyjnym, zbudziła mnie muzyka dochodząca zza otwartego na oścież okna. Zanim jeszcze zbudziłem się do końca, do mojego umysłu dotarły dźwięki – pierwszą moją myślą było to, że oto znalazłem to, czego szukałem. Chwilę później uświadomiłem sobie, co  sączy się z zewnątrz, a był to rap. I powiem szczerze, że gdyby nie pewne wątpliwe maniery samych raperów, najpewniej zacząłbym kupować płyty spod znaku hip-hopu.

Od tamtej pory łączy mnie z rapem stosunek jednocześnie miłości i otwartej niechęci. Tak to już niestety jest, że przy wyborze płyty zwracam uwagę nie tylko na słowa czy muzykę, ale i całą jej otoczkę. A więc na zachowanie artysty czy artystów. Trochę inaczej jest w przypadku muzyków niezależnych, bo o nich wiemy bardzo niewiele – pozostaje więc skupić się na tym, co i jak grają, czy śpiewają. Całe szczęście, że udało mi się wyszperać pewien przyjemny albumik – trwa on co prawda niecałe pół godziny, ale zaręczam, że warto poświęcić tę chwilę ze swojego życia na jego przesłuchanie.

Nie jest żadną tajemnicą, że w przypadku rapu najważniejszy jest tekst. Muzyka co prawda również jest istotna, ale to wokół tekstu kreci się główna oś przekazu każdego albumu. Tutaj – po części spodziewanie, po części zupełnie nie – mowa jest o miłości. Pierwszy utwór otwiera nowy rozdział w historii pewnego chłopaka. Leci on samolotem do Korei, gdzie mieszka jego nowa dziewczyna. Początki są kolorowe i pełne pozytywnych emocji – ale czy tak zostanie do końca, przekonacie się sami. Problem jest tu zasadniczo tylko jeden – część tekstu zaśpiewano (czy zarapowano) po koreańsku. Jedyna nadzieja w translatorze od pewnej znanej firmy. O dziwo teksty bardzo ładnie się przetłumaczyły – miejmy też nadzieję, że poprawnie.

Od strony „muzycznej” tekstu (bo musi on mieć pewien przepływ) nie mam się do czego przyczepić. Zarówno sam Artem, jak i zaproszeni goście, spisali się wyśmienicie. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że w każdym utworze towarzyszył mu ktoś inny – jak w przypadku Lose Control, gdzie usłyszymy aż trzy głosy. Będą też wokale żeńskie – taki wart odnotowania smaczek dla ludzi, którzy podobnie jak ja lubią taką różnorodność. I części śpiewane, i części rapowane, wykonane zostały świetnie. Aż dziw mnie bierze, że wcześniej nie trafiłem na ten album, że nie był on jakoś bardziej promowany.

Gdy odstawimy na bok słowa, pozostanie mniej lub bardziej melodyjne tło dźwiękowe. Od razu przepraszam, że używam takiego sformułowania, ale inaczej się nie da. Muzyka bowiem ma tu rolę czysto dekoracyjną. Nie przeczę, że jest genialna, bo jest, ale chodzi mi tu o pewną ideę. Tak czy inaczej tu również stawiam plus. Piosenek słucha się niezwykle przyjemnie, bez względu na to, czy ktoś akurat śpiewa, czy nie. Miejscami dźwięki są ostrzejsze (jak w wieńczącym zestawienie Acid In My Lungs), ale to tylko dodatkowe punkty w moich oczach.

Trudno jest mi się dopatrzeć jakichś wad recenzowanego dziś albumu. Co prawda jest krótki, ale z drugiej strony patrząc, historia zawarta w poszczególnych utworach odzwierciedla wzloty i upadki, ma wstęp i zakończenie – więc czego chcieć więcej? Czasem warto postawić kropkę – byle w odpowiednim momencie. Artem Koker stawia ją tam, gdzie być powinna. Nie mam więc nic przeciwko temu.

Moja przygoda z rapem dopiero się zaczyna. Nie obiecam, że będę drążył i przedstawiał temat w całej jego krasie i z całym jego urokiem (bądź jego brakiem) – ale z całą mocą mogę stwierdzić, że Wild Dream stał się częścią mojego życia przez ten krótki czas, gdy miałem przyjemność słuchać jego dźwięków, przygotowując się do napisania niniejszego tekstu. Polecam go zatem uwadze zwłaszcza tych, którzy jak ja stawiają tu pierwsze kroki. Wszyscy znajdą tu coś dla siebie – chyba że ktoś akurat oczekuje „soczystych” treści. Nie, tego tu akurat nie ma. Jest za to emanujący energią kawał dobrej, muzycznej roboty. Sprawdźcie, czy i Was ona dosięgnie.

Link do pobrania albumu: https://www.jamendo.com/album/164403/wild-dream

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz