Recenzja: Franco Galateo – „BLUE!!!” (2017)

Tego nie mogłem sobie darować – gdy tylko skończyłem pisać teksty na poprzedni miesiąc, postanowiłem zacząć na nowo i wrócić do moich ukochanych brzmień. Co prawda tylko na moment, na ten jeden album – ale stara miłość nie rdzewieje. Nigdy!

Zacznę od tego, że jest to album skomponowany w duchu wolnych, nieinwazyjnych melodii elektronicznych. Innymi słowy jest to miks downtempo, ambientu i wszelkiej maści powolnych rytmów (z małymi wyjątkami). Jeśli uważnie śledzicie moje teksty, to doskonale wiecie, że jest to mój ulubiony zestaw. Gdy tylko więc wyjąłem z napędu płytkę twórcy komercyjnego, włączyłem stronę Jamendo. I tam, po krótkiej chwili, znalazłem dzieło Franco Galateo – włoskiego kompozytora i muzyka, skupiającego się na elektronice. W zeszłym roku udostępnił on kilka albumów – a to jest jeden z nich.

Pierwsze, na co zwracam uwagę przy wyborze albumu w tym miejscu, to jego długość. Bez przesady oczywiście, ale wolę unikać EP i jakichś luźnych składanek. Tutaj, zgodnie z moimi oczekiwaniami, znajdziemy jedenaście utworów, które sumarycznie przełożą się na około czterdzieści siedem minut odsłuchu. To wynik bardzo dobry, a jak zaraz się przekonacie, będzie to czas wypełniony po brzegi równie zadowalającą treścią.

Już pierwszy utwór sygnalizuje, że będzie to album godny uwagi. Z zainteresowaniem więc zagłębiłem się w resztę. Pamiętając o zasadzie pierwszej ścieżki, przesłuchałem wszystko – i potwierdzam, jakość nie spada z czasem. Po tym właśnie poznać klasę artysty – nawet jeśli nie jest on kimś znanym, bo to akurat nie ma nic do rzeczy. Bardzo łatwo jest wskazać komercyjne albumy, gdzie w którymś momencie załamuje się opinia budowana od początku płyty. Tutaj nie dość, że już na starcie mamy genialne melodie, to poziom utrzymuje się od samego końca. Brawo!

Nie bez kozery w tytule postawiono trzy wykrzykniki – nie będzie to zestaw typowy. Mamy tu do czynienia z pewną historią, opowiedzianą nie tylko melodią, ale przede wszystkim tytułami. Będzie to opowieść o kobiecie – o tym, kim była i co jej się przytrafiło. Szczegółów oczywiście nie zdradzę, ale i nie jest to wielka tajemnica. Brak warstwy wokalnej ukróca wszelkie domysły i pozwala zerknąć na etykietę, a by wiedzieć wszystko. No, prawie. Bo zawsze pozostaje jeszcze sama muzyka, do przesłuchania której oczywiście zachęcam.

Trochę o wadach. O ile w samej muzyce nie dopatrzyłem się większych uchybień, to wspomnieć muszę o sprawach zewnętrznych wobec tego elementu. Pomijam już to, że ostatnio Jamendo zaczęło doklejać numery do nazwy każdej ścieżki. Sam autor wypuszczając kolejne utwory zapomniał gdzieniegdzie postawić spację, przez co zastałem mały chaos w nazewnictwie. Gdyby nie obowiązkowe numery ścieżek, musiałbym sam to wszystko naprawiać, już po ściągnięciu albumu na dysk. Trochę by to obniżyło poziom doznań płynących z kontaktu z dziełem Włocha. Dla mnie i tak część tej radości ulotniła się bezpowrotnie, gdy spojrzałem na kolumnę „tytuł” w odtwarzaczu, niewykluczone więc że jednak się przemogę i samodzielnie poprawię błędy autora. Do tego czasu lepiej na tę zakładkę nie patrzeć.

Z miłą chęcią poświęciłbym dziełu Franco Galateo więcej czasu. Ten jednak płynie nieubłaganie i powoli muszę zaczynać pracę nad nowym tekstem… Tę chwilę jednak, która mi pozostała, z radością poświęcę na odsłuch Blue!!!. Zima przecież w pełni, może trochę chyli się ku końcowi – a melodie takie jak te, które znajdziemy na tym cyfrowym krążku, idealnie wpasowują się w ten okres. Polecam go więc w szczególności wszystkim tym, którzy chcieliby zacząć przygodę z taką właśnie muzyką. Jeśli zaś już wiecie, że są to Wasze rytmy – pobierajcie bez wahania!

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak podzielić się z Wami linkiem do pobrania albumu.

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz