Recenzja: Emeli Sandé – „Long Live the Angels” (2016)

Gdzieś już być może wspomniałem, że Emeli Sandé to jedna z moich ulubionych wokalistek. Nie powinna więc nikogo dziwić moja reakcja, gdy jakiś czas temu zauważyłem jej nową płytę na półce sklepowej. Porwałem ją, wsadziłem do koszyka – i od chwili odejścia od kasy jestem jej szczęśliwym posiadaczem.

Z nowymi artystami jest tylko jeden – całkiem mały – problem. Otóż dopiero jakby uczą się (nie, nie śpiewać – to już przeważnie potrafią) swojego stylu, czy może raczej starają się go dopiero odnaleźć. Emeli ma na swoim koncie dopiero dwa krążki, w tym oczywiście ten, który kręci się w moim napędzie. Artystka ma więc jeszcze sporo miejsca na eksperymenty. I przyznać muszę, że tych jest tu zaskakująco wiele.

Starym zwyczajem zacznę od liczb. Wydawnictwo zawiera aż piętnaście piosenek i to w wersji standardowej. Z wersją deluxe pobawimy się niewiele dłużej – dodano tam tylko trzy piosenki. Ja posiadam tę pierwszą edycję i na niej oparłem swoją opinię. Od początku odtwarzania płyty do jej zakończenia minie trochę ponad pięćdziesiąt minut. Świetnie, o to chodzi!

Sam fakt, że album długo nas będzie trzymać przy słuchawkach czy głośnikach nie sprawi jednak, że warto go zakupić. Mnie, oprócz już wspomnianej sympatii zapoczątkowanej debiutem („Our Version of Events” z 2012 roku), przekonał singiel promujący zestawienie, czyli „Hurts”. Nie mogłem się od niego oderwać, a to znak, że jest naprawdę dobry. Jednakże cała płyta nie jest utrzymana jest w jednej konwencji, zwłaszcza tej, którą reprezentuje powyższy singiel. Dziwne? Mnie to zaskoczyło – to nie jest już pop mainstreamowy, ale coś znacznie ambitniejszego. Od samego początku artystka łączyła w swojej twórczości trzy główne elementy: pop, soul i R&B. Tym razem odnajdziemy tu jeszcze singer/songwriter, troszkę rapu (gościnnie), czy też coś à la spoken word. O ile dwa ostatnie łączą się z obranym przez piosenkarkę nurtem, to fragmentów singer/songwriter zupełnie się nie spodziewałem!

W nowej odsłonie twórczości Brytyjki trochę zmienił się środek ciężkości pomiędzy wymienionymi wyżej składnikami sukcesu naszej dzisiejszej bohaterki. Emeli zawsze zwracała uwagę na słowa i przekaz. Wystarczy wspomnieć o utworze „My Kind of Love” czy znanej współpracy z Labrinthem, czyli „Beatiful”. Tak jest i tym razem. Zmianie uległa jedynie warstwa muzyczna. Mimo iż artystka śpiewa nie tylko o miłości, to nadal zajmuje ona centralny punkt całego zamieszania. Jest też wiele o życiu w ogóle. Tylko ta muzyka… Nie jest jednak źle, nie o to mi chodzi. Sądziłem po prostu, że znam już styl wokalistki – a tu nagle coś zupełnie innego. Jeśli „Hurts” wpisuje się jeszcze w „stary” styl, to na przykład „Tenderly” jest już pewną innowacją, ponieważ nagrano go z udziałem chóru dziecięcego z Zambii. Z kolei w „Every Single Little Piece” czuć charakter głosu Emeli, za który tak ją polubiłem, ale jednocześnie kawałek ten jest pełen nowości, za które tak lubię to nowe wydanie jej twórczości.

Takich przykładów jest oczywiście więcej. To, co już znałem i przypadło mi do gustu, przeplata się z tym co zaskakujące i nowe. Ogólnie rzecz ujmując, płyta jest tak skonstruowana, że nie można się przy niej nudzić. Już od dawna podziwiam Emeli za jej determinację i siłę, z jaką śpiewa. Poszukajcie w sieci nagrań na żywo, od razu zrozumiecie, o co mi chodzi. Mam jedynie jedno zastrzeżenie związane z tym właśnie tematem. Jeśli przebrniemy już przez te wszystkie piosenki i dojdziemy do końca, nagle uderzy w nas ściana ciszy. Słyszymy utwór (swoją drogą bardzo dobry), który nagle się kończy. Rozumiem, że jest jeszcze wydanie deluxe – ale odczułem pewien niedosyt. Na potrzebę recenzji odsłuchałem całość jeszcze raz i mało mi to przeszkadzało, ale w innej sytuacji będzie już zgoła inaczej. Mogę mieć tylko nadzieję, że posiadacze wydania rozszerzonego otrzymali porządne zakończenie.

Podobne wnioski wysnułem już przy recenzji płyty Jess Glynne, ale z miłą chęcią się powtórzę. Jeśli szukacie mądrej płyty, z dobrą, wpadającą w ucho muzyką i przyjemnym wokalem, to album „Long Live the Angels” jest zdecydowanie dla Was. Nie ma opcji, żeby Emeli Sandé „sprzedała się” i zaczęła robić coś innego niż do tej pory. Zagwarantowała to już na poprzedniej płycie, śpiewając „Clown”. Jeśli więc zachęci Was brzmienie płynące z głośników, to spokojnie możecie zapisać się do jej fanklubu i podobnie jak ja oczekiwać kolejnych nagrań od brytyjskiej artystki. Polecam!

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz