Recenzja: C.J.ROGERS – „Thunder Run” (2017)

Moc gromu

Recenzja: C.J.ROGERS – „Thunder Run” (2017)

Zdążyłem już o tym napisać, ale powtórzę jeszcze raz – i prawdopodobnie będę pisał jeszcze wiele razy. Znalezienie czegoś dobrego – naprawdę dobrego – na Jamendo czasem graniczy z cudem. Nie ma to jak wytrawne oko i trochę cierpliwości – kiedyś się coś przecież trafi. Inaczej nie czytalibyście tego tekstu, prawda?

Nie czytalibyście tego tekstu, a ja wcześniej bym go nie napisał. A jeszcze wcześniej nie pobrał albumu autorstwa pana CJ Rogersa (ach ta mania wielkości, żeby pisać swoje nazwisko wielkimi literami…). Zasada pierwszego utworu miała swoje zastosowanie i tym razem – ale na szczęście (dużo go mam ostatnio, co nie?) dalej było jeszcze lepiej. Pierwsza ścieżka pozwoliła mi wstępnie, że tak powiem, odsiać ziarno od plew – a dalej to już poszło. I całe – znów – szczęście! Szczerze dość mam albumów, które stają się kiepskie po paru minutach.

Ale nie przedłużając. Album zaczyna się czymś na kształt rocka zmontowanego przy pomocy sampli wyraźnie zaciągających nutą elektroniczną. Nie są to więc żywe instrumenty, ostrzegam. Dla mnie nic nowego, nawet to lubię – ale purystów wolę uprzedzić zawczasu. Wbrew pozorom i tradycji nie jest to też wisienka na torcie – jak już wspomniałem, potem trafią się lepsze kawałki. Czy komuś to przeszkadza? Chyba nie. W każdym razie rock ten do klasyki czy kanonu nie należy – dużo w nim wstawek już typowo elektronicznych. I przez cały album nastrój ten będzie się już powtarzał. Nie w tym złym znaczeniu… Więc może inaczej: będzie nam towarzyszył. Tak lepiej.

Co zastaniemy dalej? Kawał dobrej, acz lekko „oldskulowej” (jeśli wybaczycie słowo) muzyki elektronicznej. Znów. Chyba się od tego nie uwolnimy, chyba że postanowię odgrzać stare hity, które mam z zanadrzu. Pomyślę nad tym – póki co skupmy się na tym, co mamy tutaj. Już w drugim utworze diametralnie zmienia się nastrój – staje się cięższy i ciut mroczniejszy. Obok stałego, rytmicznego bitu trafimy tu zatem na lekko odbijające echem, przedłużające się nuty. I powiedzcie mi, jak tu nie kochać tego gatunku? Za każdym razem potrafi mnie on zaskoczyć. I za to właśnie go lubię.

Jeśli zapytacie, co będzie dalej – odpowiem, że więcej dobrego. Nie ma sensu przytaczać każdej ścieżki po kolei – sami odkryjcie, co się tam kryje. Jeśli na przykład pamięta ktoś pierwsze Deus Ex, to polecam dotrwać do trzeciego i czwartego utworu. Nie wspominam nawet o ścieżce zamykającej zestawienie – tradycyjnie mam do nich słabość. Uwielbiam słuchać, jak artysta wieńczy swoje dzieło, wyłapywać pomysły na przejście ze sfery dźwięku do ciszy. I tym razem udało się to koncertowo. Może wszystko to nie miało za wiele wspólnego z pierwszym podejściem do albumu, przez co ścieżka numer jeden jakoś tak odstaje, ale cóż począć. Reszta moim zdaniem wystarczająco rekompensuje to małe niedopatrzenie.

Przyczepić mógłbym się tylko do jednej rzeczy. Zastanawiam się, w tej chwili już otwarcie, po co autor zapisał tytuły dwóch ostatnich utworów wielkimi literami? To miało coś na celu? Wszystko ładnie-pięknie, a tu nagle „IN FOG” albo „RECUR”. Akurat odwrotnie. W sensie w innej kolejności. Szczegóły… Tak czy inaczej i tym razem ostrzegam purystów – odłóżcie więc proszę pochodnie i oddajcie się czystej przyjemności słuchania muzyki, dobrze?

Ach ta elektronika… W moim zestawieniu muzyki niezależnej stoi bardzo wysoko. Może dlatego, że tak trudno jest ją zrobić dobrze. A tu proszę – przestarzałe sample, sam autor otwarcie pisze, że inspirował się stylem retro… Poprzeczka idzie w górę. A efekt? Bardziej niż zadowalający.  Może nie jest to arcydzieło, ale nie ma co wybrzydzać. Ja sam poddałem się „kuracji”, słuchając całości kilka razy, więc mogę zapewnić, że i w takiej formie może być ów album podawany. Jeśli szukacie czegoś ambitniejszego, to może niekoniecznie tym razem trafiłem w Wasze zamiłowania, ale nie martwcie się – innym razem na pewno coś tu upolujecie!

 

 

A dla chętnych link do pobrania: https://www.jamendo.com/album/166985/thunder-run

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz