Pozytywna energia – Barefoot Maccoy – Bye bye bluebird

 Ostatnio zabrałem Was w małą podróż po gatunkach – oddaliłem się od mojej bezpiecznej strefy i zagłębiłem się w jazz przy okazji spotkania z Dianą Krall czy Boom Boom Beckettem. Głównie to mam teraz na myśli, bo oczywiście nie tylko o tym rodzaju muzyki pisałem. Tym razem zajmijmy się punktem drugim wycieczki – country!

Sporo się u nas mówi o country, choć raczej nie rozróżnia się podgatunków: americany, bluegrassu… Dominująca opinia nie jest też zbyt przychylna. Nie mogę i nie chcę się z takim osądem zgodzić, nie będzie więc o tym, że „country to wiocha”. Tyle słowem wstępu. Zaraz się przekonacie, że można pokochać i takie coś jak „tradycyjna” amerykańska odmiana folku.

W pierwszej kolejności nadmienić muszę, że nie będzie to album w stylu Johnny’ego Casha czy Dolly Parton. Jest to krążek utrzymany w nowoczesnej obudowie, a więc czerpiący z nowoczesnego sposobu śpiewania (powiedzmy, że będzie to pop czy nawet rock), ale skrywającej stare, dobre serce napełnione miłością do świata – czyli to, czym country stoi i stać powinno. Mam tu też na uwadze dobór instrumentów – nie zabraknie więc strun czy harmonijek. Cudownie!

Jeśli doczytaliście do tego momentu, to gratuluję, zdaliście egzamin. Ale nie odchodźcie jeszcze, to dopiero środek tekstu. Słowo o liczbach. Wytrwali doliczą się trzynastu piosenek, które łącznie utrzymają dźwięki przez trochę ponad pięćdziesiąt minut. Ja to mam szczęście do długich albumów, nie ma to tamto… W każdym razie autor uraczy nas piosenkami zarówno wolniejszymi, jak i szybszymi. Żadna nowość, ale warto moim zdaniem dać temu szansę i tym razem. Do tej pory nie mogę się zdecydować, który „typ” podoba mi się bardziej w wykonaniu Barefoot MacCoya. Czy podszyte melancholią „Ranidrops and Roses”, czy może otwierające zestawienie „Already Flown”, z tym piorunującym wstępem na harmonijce? Jestem prawdziwie rozdarty – w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu.

Jak już pisałem, country to bardzo specyficzny gatunek. Trudno jest tu znaleźć piosenkę o negatywnym oddźwięku. Nie mam tu na myśli smutku czy tęsknoty, bo to jak najbardziej jest tu obecne jako część naszego życia. Ale nie będzie tu – i to gwarantuję – gniewu, o nienawiści już nie wspomnę. Nie będzie też wyuzdania czy odniesień do zachowań niemoralnych. Jeśli gdzieś w Sieci znajdziecie coś takiego, to wątpię, czy będzie to country. Co najwyżej piosenka w tym stylu, ale na sto procent nie w jego duchu. Co więcej, każda z piosenek bombarduje człowieka tym specyficznym, pozytywnym – ale nie nachalnym – rodzajem energii. Nawet jeśli macie „doła”, możecie spokojnie puścić sobie ten album. Może nie podziała jak blues (bo jak powiedział kiedyś Buddy Guy: „The blues chase the blues away”), ale i tak warto.

Rozgadałem się. Wiecie, muzyki niezależnej słucham na poważnie ładne kilka lat i co jakiś czas przekonuję się na własnej skórze, że niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Nie musisz człowieku szpanować furą czy pokazywać co nie potrzeba, żeby dać komuś innemu to, czego on pragnie. Bo chyba wszyscy pragniemy poczuć się lepiej, nieprawdaż? I na to właśnie nastawiony jest „Bye Bye Bluebird” – i to robi najlepiej. Polecam zarówno fanom gatunku, jak i wszystkim tym, którzy mają odwagę przełamywać stereotypy. Będzie warto, zapewniam!

Link do albumu  https://www.jamendo.com/album/166521/bye-bye-bluebird

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz