Recenzja: Amy Macdonald – „Under Stars” (2017)

Pod gwiazdami

Recenzja: Amy Macdonald – „Under Stars” (2017)

       W muzycznych podróżach często zdarza mi się odwiedzić pewne regiony, do których potem z radością wracam. Tak było i tym razem – a tyczyło się to gatunku, od którego cała moja przygoda z muzyką zaczęła się na dobre. Zainteresowani? To zapraszam do lektury!

            Amy Macdonald jest reprezentantką bardzo specyficznego rodzaju muzyki. Zazwyczaj gra się go samotnie, z gitarą na kolanie, śpiewając piosenki własnej „produkcji”. W naszym języku chyba nie doczekało się to jakiegoś zgrabnego tłumaczenia – w każdym razie po angielsku mówi się na to „singer/songwriter”. Zasada jest bardzo prosta – ta sama osoba pisze tekst i go wykonuje. A reszta zależy już od charyzmy autora łamane na wykonawcy. W tym wypadku – autorki oczywiście.

            W tym konkretnym gatunku najważniejszy jest tekst. Nie bez kozery pisałem o charyzmie – bez niej taki artysta po prostu przepadnie w tłumie. Warstwa dźwiękowa jest zdecydowanie mniej ważna. W większości przypadków, jak wspomniałem, jest ona „generowana” przez samotną gitarę, co bardzo uszczupla możliwą ilość kombinacji poszczególnych dźwięków. Koniec końców trzeba by się nieźle postarać, żeby wyrwać się z pewnego poziomu. Ale to tyczy się w większości albo artystów początkujących, albo związanych raczej ze sceną niezależną. Gdy idzie o „Under Stars”, poszło to zdecydowanie dalej. Mieszając dźwięki akustyczne z tymi napędzanymi prądem (spokojnie, chodzi mi o gitarę), piosenkarka stworzyła niezapomniany miks przebojów.

         Co ma zatem do zaoferowania swoim potencjalnym słuchaczom Amy? Zacznę od liczb. Jedenaście piosenek pozwala na blisko czterdzieści minut zabawy z płytką. Piszę o tym nie bez powodu – często wracam uwagę na fakt, że album kończy się za szybko. Tutaj mimo iż teoretycznie też powinienem na to narzekać (wszak trwa on poniżej czterdziestu pięciu minut), moje wrażenia były zupełnie odwrotne. I nie bardzo wiem dlaczego. Słucham tej płyty i słucham, a ona jakby się nie kończyła. Co prawda w końcu zawsze nastaje cisza, ale nigdy nie byłem tym faktem zawiedziony. Wręcz przeciwnie – zawsze pozostawało we mnie wrażenie pełnego zadowolenia. Do pierwszych dźwięków aż po sam koniec krążek wypełniał mój pokój atmosferą nie dającą mi się od niego oderwać. To jest dopiero magia!

            A jeśli już o magii mowa, to nie mogę nie wspomnieć o jednym elemencie układanki. Jeśli kiedykolwiek spotkaliście się z twórczością Amy Macdonald, to wiecie, jak bardzo charakterystyczny ma ona głos i jak przyjemnie się go słucha. Zdaję sobie sprawę, że w co drugi moim tekście o tym piszę, ale cóż począć! Przynajmniej dla mnie jest to wielki plus całego tego przedstawienia, a tego już pominąć nie mogę.

            Pytanie zasadnicze brzmi: co autor miał na myś… Znaczy się – o czym autor(ka) śpiewa? Oczywiście znajdzie się tam miłość (jakże by inaczej), ale sporo miejsca poświęca ona życiu. Sile, jaka jest potrzebna, żeby stanąć na nogi, podnieść się z kolan – jeśli miałbym to usystematyzować i zgeneralizować. Bez względu na wszystko, moim absolutnym faworytem jest ostatnia piosenka – „From the Ashes”. Wystarczyło, że się zaczęła, a już się w niej zakochałem bez pamięci. Traktuje ona o – jakże by inaczej – o miłości. To tak tylko na marginesie, bo jak zdążyłem zauważyć, cała płytka jest poświęcona rozmyślaniom w tym temacie zmierzającym. Mówi ona jednak, że na tym świecie w zasadzie ważne jest tylko jedno – aby dwoje ludzi było ze sobą szczęśliwym. Piękne, prawda? Ścieżka ta jest idealnym zakończeniem albumu. Delikatniejsza, troszkę wolniejsza – i płynnie przechodząca w nieuchronną ciszę. Ale to nic. Zawsze można zacząć wszystko jeszcze raz.

            I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą recenzję. Jeśli nigdy nie mieliście do czynienia z muzyką singer/songwriter, to zachęcam do zapoznania się z twórczością dzisiejszej bohaterki. Nie jest to pop, nie jest to rock – nie jest to coś, co słyszy się na co dzień. I dlatego też tak cieszę się, że o niej usłyszałem i zaopatrzyłem się w jej najnowszy album. Towarzyszą mu niesamowite przeżycia, to z całą pewnością mogę powiedzieć. A i warstwa tekstowa jest głębsza niż zwykle… Są jeszcze jacyś nieprzekonani? Ja przynajmniej nikogo takiego nie widzę 😉

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz