Powrót do życia Recenzja: Selena Gomez – „Revival” (2015)

           Jak podpowiada mi babcia „Wikipedia”, Selena Gomez (a właściwie Selena Marie Gomez – dobrze wiedzieć!) to aktorka. Przynajmniej taka informacja wyświetla się na pierwszej stronie wyników. Zgadnijcie w jakiej wyszukiwarce? Całe szczęście, że jest jeszcze fragment tekstu właściwego – bo inaczej bym się nie dowiedział, że ta młoda osoba również śpiewa. Nie żebym miał przed sobą jej płytę…

 

            A właściwie to nie mam, ale umieściłem ją i nie przed sobą, ale w napędzie. Mała rzecz – a taka różnica. Wiecie, inaczej nie mógłbym nic o niej napisać. Może to, że okładka jest powiedzmy… intrygująca. Odważna w każdym razie. Nie wiem jak Wy, ale jeszcze trochę, a bym tej płytki nie kupił – właśnie przez ów element. Szczęśliwie, bądź nie (a w każdym razie szczęśliwie dla sklepu, bo wydałem u nich parę złotych), album zakupiłem. Także poglądy na bok (taaa…) i skupmy się na muzyce.

 

            Pierwsze dźwięki, (pomijając mówione intro), przyznaję, są intrygujące. Bardzo lubię eksperymenty w tej materii, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może się to spodobać. Chodzi o taki prosty fakt – kilka dźwięków powtarza się, towarzysząc słowom piosenki. Jeśli podoba wam się taka  konfiguracja – polubicie piosenkę. Jeśli nie – to nic z tego. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Następny jest bowiem „hicior” znany z radia, przyjazny dla słuchacza „Kill Em Will Kindness”. Jeśli ten utwór  Wam się nie spodoba, to ja się poddaję…

 

            A co znajdziemy dalej? Dużo różnorodnych utworów. Te lepsze przeplatać się będą z tymi gorsz… znaczy się – średnimi, bo złych tu nie doświadczyłem. Będą piosenki wolniejsze, jak i szybsze – słowem, coś dla szerokiego grona odbiorców. Osobiście uwielbiam jednak bonusy, a w szczególności tzw. „Loco”, czyli „Outta My Hands”. Zaśpiewana bosko – oczywiście moim zdaniem. O, albo te trąbki z „Me & My Girls”! Wszystkich będzie pięć, a nie można zapomnieć o całej serii „standardowych” ścieżek, czyli całej jedenastce. W sumie daje to niemal godzinę słuchania. A to już uwielbiam!

 

            Wspomnę jeszcze o innym moim ulubieńcu – „Same Old Love”. Z tą piosenką spędziłem sporo czasu jeszcze zanim dowiedziałem się, że istnieje album (jakkolwiek to brzmi). Odkryłem ją na „YouTube” i puszczałem na okrągło, możliwe, że z przerwami na coś innego. Możliwe, ale mało prawdopodobne… Ta hipnotyzująca linia melodyczna! Ten genialny wokal! Nie mogłem zrobić inaczej jak dostać płytkę w swoje ręce… Pomijając moje rozterki, które przedstawiłem na początku. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to polecam udać się w wymienione wyżej miejsce w Sieci i sprawdzić na własne uszy, że mam rację.

 

            Inna sprawa – dojrzałość artystyczna Seleny. Znam paru artystów młodego pokolenia, znam kilka debiutów (niekoniecznie tych z młodzieży), posiadam jakieś płyty na poparcie mojego zdania. Może nie wszystko, ale zawsze coś. I sądzę, że mimo, iż lat nie ma zbyt wiele, to już namieszała w biznesie. Pamiętać trzeba, że występowała ona w filmach, uczestniczyła w realizacji niejednej ścieżki dźwiękowej – było jej pełno wszędzie. Śpiewa od prawie dziesięciu lat – i to widać. Jednak moje ucho krytyka uruchomiło się przy paru okazjach. Śpieszę jednak z odpowiedzią na tę wątpliwość mojego organizmu twórczego: wiek. Tak, tej rzeczy się nie przeskoczy. Nie mogę więc postawić Seleny na równi z  Shakirą (porównanie czystoprzypadkowe). Do tej akurat piosenkarki mam swoje zastrzeżenia, ale nie można jej zarzucić, że nie zna się na śpiewaniu. Selenie Gomez też nie, ale chodzi mi o coś innego. W jej twórczości słychać po prostu, że nie jest to jeszcze szczyt jej możliwości (odłóżcie proszę te widły i pochodnie!). Dajmy jej jeszcze parę lat, to dopiero nas zaskoczy! Albo i nie – bo właśnie o tym napisałem…

 

            Czy warto zasilić swoją kolekcję najnowszym (acz z lekka leciwym) krążkiem pani Gomez? Z całą mocą mówię tak! Jest długi i pełen niespodzianek – a to, cytując klasyka,  tygryski lubią najbardziej. Chyba że nie interesuje Was muzyka popularna. Wtedy to chyba nie – ale w takim razie po co czytacie tę recenzję? Ja rozumiem, że fajnie piszę, ale no bez przesady 😉

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz