Popatrzmy na latawce, recenzja: Kinematic – „Kites” (2017)

Muzyka niezależna… Ileż to razy odwiedziłem serwis Jamendo Music i opuściłem go z niczym. Ostatnio jednak coś się ruszyło i moja kolekcja albumów powiększa się w zastraszającym tempie. Bardzo mnie to cieszy!

Przepis na album popowo-rockowy jest dość prosty. Bierze się garść muzyków, dodaje człowieka z niekoniecznie dobrym głosem – i gotowe. Co zaskakujące, tym razem – podobnie jak w wielu innych przypadkach, możecie mi wierzyć – wszystko działa jak należy. Ale o tym za chwilę. Najpierw kilka liczb: czternaście utworów to bardzo dobry wynik. Jednak można wyprodukować coś więcej, a ta płyta jest tego idealnym przykładem. Długość piosenek waha się w przedziale trzech-czterech minut, czasem jest to mniej lub więcej – ale ogólnie jest to wynik dość standardowy. I z tym słowem, jak mniemam, nie rozstanę się jeszcze przez kilka chwil.

Do pracy instrumentów nie mam najmniejszych zastrzeżeń – dźwięki towarzyszące wokalowi stoją na bardzo przyzwoitym poziomie. Nie są to jakieś szczególne melodie, ale nie ma co wybrzydzać. Nie obiecam, że jakoś bardziej przypadną Wam do gustu, może poza paroma przypadkami (jak np. 5 O’clock High). Z kolei głos przewodni – to już coś innego. Jak wspomniałem wcześniej, jest dość „oryginalny”. Trochę zachrypnięty, trochę niedostosowany do wyciągania dźwięków – ale na pewno nie „nijaki”. Czasem (generalizując) jest to poważną bolączką albumów, przez co raczej odstrasza, niż zachęca. Jeśli znacie scenę alternatywną, to wiecie w czym rzecz. Tu jeszcze mamy do czynienia z krążkiem niezależnym, a to podwaja problem.

Można jednak do sprawy podchodzić na dwa sposoby. Narzekać, że „znów ktoś wydał byle co i skąd oni w ogóle wzięli pomysł, żeby grać i śpiewać”, co nie jest moim podejściem. Prawda, muszę wcielać się w rolę krytyka, ale nie totalnego. Jest tu coś, co mnie fascynuje. Jeśli bowiem weźmie się jeden kawałek, którykolwiek, to ocena będzie raczej średnia. Ale po przesłuchaniu całego albumu doszedłem do wniosku, że z całą mocą chcę to mieć na dysku swojego komputera. Widzę te wady, ale mnie osobiście przestało to już przeszkadzać. Może to kwestia gustu, osłuchania się w podobnej twórczości – a może po prostu magia muzyki niezależnej, w którą wierzę i napotykam, przesłuchując różne albumy spod tego sztandaru. Nie mam też zamiaru stawiać poprzeczki na poziomie „album komercyjny”, bo to zdecydowanie nie ta półka.

Trzeci album zespołu Kinematic (wliczając w to jeden EP) to z jednej strony porządnie zrealizowany zestaw piosenek, z drugiej pewne niedociągnięcia, które można jednak zaakceptować. Na marginesie mogę dodać, że od premiery ich debiutu, a wydaniem Kites, minęły niemal równo dwa lata. Chłopaki z zespołu porządnie odrobili swoją lekcję, bo różnicę widać już po pierwszych dźwiękach. I oby tak dalej!

Odrobinę standardowe melodie okraszone nieco zwyczajnym wokalem – kochaj albo rzuć. Mnie się podobało od pierwszej chwili, ale zdaję sobie sprawę, że gusta są różne i niektórym z Was może się nie spodobać. Zachęcam jednak, żeby spróbować. Na zeszłorocznym „krążku” ujawniają się cechy muzyki niezależnej, które warto pielęgnować, nawet jeśli nie zawsze wszystko brzmi idealnie. Sam spędziłem z nim miłe chwile – i tego Wam również życzę!

 

 

A na koniec podaję link do pobrania całego albumu: https://www.jamendo.com/album/167814/kites

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz