Pięciu wspaniałych, recenzja: Hollywood Undead – „V” (2017)

Warto mieć marzenia. Dla mnie jednym z takich właśnie marzeń było i jest zbieranie różnych brzmień w formie płyt. Może i przestarzałe podejście, ale duma człowieka rozpiera, gdy spojrzy na swoją kolekcję. A już zwłaszcza, gdy dołączy się do niej coś dobrego.

O zespole Hollywood Undead dowiedziałem się z YouTube’a. Znalazłem tam trzy ich  piosenki: We Are, Lion i S.C.A.V.A. Nie wiecie nawet, jak mocno zapadły mi one w pamięć i jak mocno wpisały się w moją duszę. Miałem więc bardzo wysokie mniemanie o chłopakach z tego zespołu i równie wysokie oczekiwania co do ich twórczości. Do szczęścia brakowało mi tylko płytki z ich nazwą na okładce. Przyszedł jednak nowy miesiąc, nowe fundusze – i szybko zamieniłem je na ich nową płytę, nazwaną po prostu „V” (pięć). Jak łatwo jest sobie wyobrazić, jest to piąte wydawnictwo w ich karierze, która, nadmienię, zaczęła się w 2005 roku. Co przyniósł najnowszy krążek w ich repertuarze? Sprawdźmy.

Zacznę od tego, że nie jest to gatunek muzyki, z jakim stykam się na co dzień. Po części dlatego, że płyty zespołów takich jak choćby Hollywood Undead do najtańszych nie należą. Po drugie, ich twórczość kategoryzuje się jako rapcore i nu metal. Oba są mi co prawda znane, ale szukać zespołów grających w tych rytmach, to zadanie dla wytrwałych. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, co kryje się pod tymi terminami – oczywiście uchylę rąbka tajemnicy: rap, metal, a także naleciałości punkrockowe. Całość jest dość nowym wynalazkiem i z grubsza polega na ubogacaniu tego, co w tych składowych było dobre i dobrze się słuchało. Będą więc wstawki mniej lub bardziej rapowane, będą fragmenty śpiewane (głównie refreny) – i wszystko to w niezwykle przyjemnym dla ucha miksie muzyki gitarowej i elektronicznej. Do mnie to przemawia!

Pisząc o tym zespole, nie mogę nie wspomnieć o prostym fakcie – tu nie ma tylko jednego wokalisty. Na pięciu członków „rdzenia” (wyłączając członka koncertowego), każdy posługuje się swoim głosem, aby umilić nam słuchanie płyty. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania odnośnie tego, jak to może wyglądać. Bardzo lubię, gdy z płyty wyczytać można pomysł na jej urozmaicenie – a tu cały zespół na takiej idei się opiera. Oczywiście nie zawsze słychać całą piątkę – każdy z nich ma jakby swoją rolę do odegrania. Wynika to z podstawowej różnicy w charakterze ich wokali. Np. Daniel „Danny” Murillo lepiej spisuje się, gdy liczy się melodia głosu, a George „Johnny 3 Tears” Ragan, gdy ważny jest rytm. Już po krótkiej chwili wszystko układa się w jeden, bardzo spójny obrazek.

Jak już wspomniałem, muzyka płynąca z głośników nie ogranicza się tylko do gitar i perkusji. Będzie sporo elektroniki, co mnie zawsze bardzo cieszy. Po prostu lubię, gdy coś się dzieje. A na tej płycie dzieje się bardzo wiele – czekają na nas całe pięćdziesiąt dwie minuty i czternaście piosenek. Początkowo trochę się zawiodłem, że nie ma tu hitu pokroju już wymienionych, ale rozumiem, że takie perełki pojawiają się bardzo rzadko. Wyróżnić mógłbym wiele kawałków, ale o wszystkich napisać nie zdołam. Piosenki znajdujące się na początku krążka są jakby trochę lepsze (że wspomnę o California Dreaming czy Whatever It Takes), ale te dalsze też przecież słucha się z uśmiechem na twarzy (jak choćby Pray). Wraz z rozwojem ścieżki dźwiękowej zmienia się też charakter tejże – późniejsze utwory są jakby bardziej nastawione na element rapu, ale nie cytujcie mnie w tym miejscu, bo wszystko jest tu przemieszane. I dobrze!

Ogólny poziom płyty jest bardzo wysoki, co rekompensuje trochę ilość funduszy, jakie trzeba zainwestować, aby stać się posiadaczem „V”. Ja z zakupu jestem zadowolony i nie zamieniłbym krążka na nic innego. Chciałem mieć płytę Hollywood Undead na półce i ten właśnie album spełnił pokładane w nim nadzieje, nawet jeśli nie wszystkie. Pod wieloma względami wydawnictwo broni się samo – nawet dla mnie, który z takim choćby rapem za wiele wspólnego nie mam. Jeśli szukacie czegoś bardzo współczesnego, będącego niejako syntezą tego, co dziś można usłyszeć na „nowej” scenie muzycznej – to polecam Wam najnowsze dzieło amerykańskiego zespołu. Nie można obok niego przejść obojętnie!

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz