O tym, jak psujemy dobre związki

Ona i on, para idealna. Przynajmniej tacy byli w oczach innych. Zawsze szczęśliwi, dbali o siebie, mieli wspólne cele, pasje. Ona doskonale rozumiała jego potrzeby i ufała mu za każdym razem, gdy spotykał się z kolegami na piwie. Jemu zależało na niej tak, jakby była największą wartością w jego życiu. Nigdy nie wstydził się komplementować jej uroku w gronie najbliższych przyjaciół. Tak pięknie im było na fotografii na tle świecącej choinki i zachodów słońca w skąpanej słońcem Toskanii. Mieli być ze sobą już na zawsze tego właśnie chcieli i przecież nawet przyjaciele przywoływali ich przykład, gdy mowa była o pięknej, prawdziwej miłości.

I nagle ich nie ma. Każde z nich idzie w swoją stronę. Świat się burzy, nie tylko im, ale również tym, którzy w głębi serca lubili ufać w ich ,,na zawsze”. Przecież tak dobrze nam wierzyć w istnienie czegoś, czego nie obejmują definicje. Uczucia ponad wszystko i wszystkich…

 

Zacznijmy od początku…

Jednego z tych pięknych dni, bez względu na to, czy padał deszcz, czy w parku pachniało słońcem, rodzi się zakochanie. Od tego zaczyna się miłość, którą przysięgają sobie ,,na zawsze”. Obydwoje wnoszą do wspólnego mieszkania swoje nawyki, zwyczaje, przekonania. Każde z nich w tych najprostszych sprawach ma już ustalone pewne wartości, w głowie snuje wyobrażenia o tym, co znaczy być mężem i żoną. Początkowo to takie łatwe, gdy żyje się ciągle w poczuciu euforii, ale po pewnym czasie zauważają małe problemy. Te małe urastają do rangi wielkich. Bo przecież niedziela w jej oczach to ta spędzona na spacerach wśród szumów lasów każdej pory roku, z dala od spojrzeń codziennych spraw. On chciałby tak tradycyjne zjeść z nią rosół u mamy, bo przecież czeka na nich rodzinna atmosfera. I nagle zderzają się te dwa inne światy, jakby ktoś w ich miłość wpuścił ogromny huragan. 

Kto ma rację?

Obydwoje. Bez wątpienia. Przecież każde z nich jest przekonane o słuszności swoich przekonań. Każde z nich ma dobre intencje, każde chce wnieść w ich wspólny świat, to co według nich jest idealne. Można pomyśleć, że to nic wielkiego. Po prostu zwykłą niedzielę definiują na dwa różne sposoby. Problem zaczyna się, gdy jedno nie jest w stanie zrozumieć potrzeb drugiego, nabrać pokory wobec indywidualności spostrzegania świata partnera. W konsekwencji mają swoją wizję i nie odpuszczą, dopóki druga osoba nie zrozumie, że istnieje tylko ta jedna, jedyna słuszność. A wizja to również pewna pułapka. To wchodzenie w określone role, realizowanie pewnej opowieści, bo przecież ,,tak funkcjonuje dobra rodzina”. Zaczynamy myśleć naszymi wyobrażeniami, schematami i tym, co wydaje nam się dobre, ale w realnym życiu oznacza to próby realizowania się w związku poprzez sztywny sposób. Nie liczymy się już my, jako dwie osobne jednostki. Jest tylko schemat i łatwo wtedy zatracić samego siebie. Wydaje nam się, że powinniśmy coś czuć, narzucamy to sobie. 

Dlaczego rozmowa jest tak ważna?

Kiedy czujemy, że nagle w związku jest nam niewygodnie, że coś się między nami psuje, musimy się zatrzymać. W tym zatrzymywaniu się, jest czas na wyjaśnienia, rozmowy i wyrażanie swojego zdania. W definicji wydaje się to być banalnie proste, ale w praktyce boimy się rozmów. Boimy się, że ta druga strona nas wyśmieje, nie zrozumie, zlekceważy nasze emocje. Boimy się, że nasze potrzeby zrodzą kolejne kłopoty. Nie chcemy rozmawiać, bo to nie jest łatwe, bo często po prostu nie potrafimy i ślepo ufamy, że lepiej jest odpuścić. Tym samym decyzja odpuszczania sobie dla świętego spokoju, to w pewnym sensie oddalenie siebie od ukochanej osoby. Wycofanie, przez które gasimy wszystko to, co rozpaliliśmy w sercach, gdy żyliśmy na zbiornikach miłości.

Magiczne ,,przepraszam”.

Jest takie stwierdzenie które często burzy nasz obraz idealnej miłości, ale kiedy ludzie są sobie bliscy, prędzej czy później zaczynają rodzić się sytuacje, gdy wzajemnie się zawodzą. To nic nadzwyczajnego, wręcz przeciwnie. Wtedy tak ważne jest mówienie sobie wzajemnie o tym, co i w jaki sposób nas zraniło, jakie to wywołało w nas emocje. Najgorszym rozwiązaniem jest ciągłe zbieranie kolejnych błędów i zamykanie ich w sobie, dopóki ta druga strona nie domyśli się, co złego nam zrobiła. A przecież to tylko nasze wyobrażenie, że to musi być dla tej drugiej strony oczywiste. Otóż nie, wcale nie musi, a my tymczasem napełniamy się frustracją, jak kubeł zimną wodą, a gdy zaczyna się z niego ulewać i nie ma już miejsca na więcej, wylewamy to wszystko spotęgowane o stokroć na głowę partnera. Wówczas często zamiast oczyszczenia, przychodzi kolejne rozczarowanie. Budujemy między sobą potężny mur i tracimy bliskość.

Czym jest bliskość?

To fundament wszystkiego, co zaczynamy spostrzegać i nazywać w kategoriach ,,my”. To tak banalne rzeczy, jak łóżko, które razem dzielimy i w którym wysypiamy się najlepiej, tylko wtedy, gdy spędzamy w nim noce we dwoje. To poranki, gdy parzymy kawę na dwa kubki, a nie jeden. Wspólne wieczory, gdy plątamy się w uściskach pod jednym kocem. Ale to także wielkie sprawy, jak cele, które rodzą się w naszych głowach, bo są ważne nie dla mnie, ale dla nas. To wspólna praca na wspólne marzenia. Jak pisze w swojej książce Miłość toksyczna, miłość dojrzała. Coaching relacji Maciej Bennewicz, bliskość jest intymnością, w znaczeniu obopólnej zgody na wzajemne dzielenie się zadaniami, emocjami, zachowaniami, z założeniem, że we wszystkich tych wymianach, partnerzy traktują się na równi. Bliskością więc nazwiemy uczucia, niepowodzenia i sukcesy każdego z osobna, a właściwie uważność naszego partnera na to, co mieści się w tym indywidualnym obszarze. To jego zainteresowanie tym, co dla nas ważne i dopytywanie dlaczego. Głęboka bliskość to swobodne bycie autentycznym, z każdym defektem, bez strachu, że zostaniemy odrzuceni, pokazując swoje słabości. To wyjątkowe dni, momenty i codzienność, która przeżywana razem jest piękniejsza niż w pojedynkę. 

Dlaczego psujemy dobre relacje? podsumowanie

Nieprawdopodobnie wierząc, że nasza miłość jest wyjątkowa, wpisujemy ją w określone ramy i tracimy pewien obszar swobody. Po okresie zakochania staramy się za wszelką cenę ,,nie zepsuć” tego, co było w nas tak idealne. Mając swoje wyobrażenia, zaprzepaszczamy kontakt ze swoimi autentycznymi możliwościami, uczuciami i staramy się sztywno dopasować do tego, jak powinno być według wytycznych w bajkach. Kłótnie pozwalają nam oczyścić atmosferę, gdy ta zaczyna być napięta. Są dobre, ale tylko wtedy, gdy po ogromnych, trudnych emocjach jesteśmy w stanie zrozumieć wzajemnie swoje stanowiska. Gdy tak się nie dzieje po czasie rozdmuchujemy małe problemy w głowie. Może to prowadzić do konfliktów, kiedy komunikacja między ludźmi poważnie zaczyna szwankować. Zbieramy w sobie wszystkie niewyjaśnione sprawy, nieprzepracowane emocje i wylewamy na siebie wzajemnie po długich przemilczanych dniach, a co gorsza – miesiącach czy latach. Słowo „przepraszam” traktujemy jak zbędność, nie zważając na to, jaką ma siłę leczenia tego, co złe. Zapominamy o tym, jacy jesteśmy piękni w niedoskonałościach tak inni i wyjątkowi. 

Autor: Aneta Ruszczak

 

Bibliografia:
Maciej Bennewicz, „Miłość toksyczna, miłość dojrzała. Coaching relacji”, Warszawa 2012.

 

 

Redakcja Administrator
Magazyn Kulturalny Horyzont – nieformalne pismo internetowe założone 5 września 2015 r. przez dziennikarkę, poetkę i kandydatkę do ZLP Oddział Szczecin Annę Jakubczak. Horyzont ma na celu przekazywanie rzetelnych informacji, zachęcać do rozwoju osobistego i poznawania świata oraz dawać możliwość pokazania się szerszemu gronu poprzez organizowanie spotkań autorskich, wernisaży, slamów poetyckich i innych imprez kulturalnych we współpracy ze Związkiem Literatów Polskich oddział w Szczecinie, Książnicą Pomorską, Starą Rzeźnią oraz Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach.
follow me

1 thought on “O tym, jak psujemy dobre związki

  1. Schwerin 1968 i 2018
    /pół wieku później/

    1968
    Małe spokojne miasteczko nad Wartą, gdzie czas płynął spokojnie i leniwie. Mieszkańcy radzili sobie z szarym życiem każdy na swój sposób. Na ogół żyło się biednie i skromnie. Ogródki przy domu wspomagały domowy budżet. Praca w socjalizmie była obowiązkowa . Włącznie z sobotą. Która dawała jednak luksus pracy tylko do 13.00 . Wtedy także (od 13.00) można było legalnie kupić alkohol. Kto nie mógł wytrzymać do tej pory musiał mieć zgromadzone zapasy lub znać melinę, która ratowała w potrzebie. Można było także samemu pędzić samogon ale było to prawem zabronione i surowo karane. Sprzęt do tego używany – po znalezieniu przez milicję (o mało co nie obywatelską) był niszczony . Uczniowie również uczyli się w szkołach w sobotę ale także tylko do 13.00. Niezaprzeczalną dobrocią szkolną w PRL było , że uczniowie nie znali nauki na zmiany. Wszyscy szli do szkoły na godzinę 8.00 rano i wszyscy wracali przed obiadem do domu. Matki prawie wszystkie nie pracowały i rodzina miała przez to codziennie skromny, świeży, smaczny obiad. Byt rodzinie zapewniał ojciec. I on był głównym autorytetem w rodzinie. Jego zdanie nie podlegało dyskusji. Podstawowym środkiem komunikacji w dojeździe do pracy był rower. Tak jak i gumiaki czy gumo-filce był to wyrób trudno dostępny. Nowy rower był bardzo drogi np. rower „Popularny”. Często rower był inwestycją rodzinną na całe życie. W niedzielę i po południu ujeżdżały go dzieci .Te małe musiały jeździć „pod ramą”. Samochody dla przeciętnego obywatela były niedostępne, a jeśli już – była to stara „Warszawa” z rosyjskim silnikiem od Pobiedy – GAZ – MKB. Czasem mały „Mikrus”. Ulice przez to były wolne od ruchu samochodowego i powietrze było czyste. Przejście przez ulicę nie stanowiło żadnego problemu. By ulec wypadkowi trzeba było mieć wyjątkowego pecha lub być wyjątkowo pijanym. Prędkość 40km/h była już ekscytująca i rozwijana była na trasie. Wszędzie można było dojechać pociągiem lub autobusem PKS nawet do najmniejszych miejscowości. Autobusy i pociągi były stale zapchane ludźmi i jazda przypominała zawartość puszki z sardynkami. Delikatniejsi nie staczali prawdziwych walk o wejście do autobusu i zostawali na przystanku. Po2 godzinach przyjeżdżał następny autobus i czasem było już trochę luźniej. Do autobusu czy pociągu wchodziło tyle ludzi ile to tylko było możliwe. Często jechali tak całymi nocami w ścisku, bez ogrzewania i oświetlenia wagonu.
    Trasa Olsztyn- Lublin przez Łuków np.
    Często okna były powybijane, bo wsiadano przez okna. I do wagonu wpadały tumany śniegu. W toalecie jechało 7 osób, jedna siedziała na umywalce. Skorzystanie z toalety było niemożliwe. Cena biletu była taka sama czy się siedziało, czy też wisiało na jednej ręce w ogromnym ścisku. W wagonie czy autobusie wolno było palić papierosy i nikomu nie wpadało do głowy by protestować. Dym wdychały także noworodki, ich matki i małe dzieci w czasie podróży. I wszyscy cieszyli się ,że w ogóle jadą. Czasem w lecie , gdy zostało się na przystanku-dworcu PKS w Gorzowie ( jak tzw. „d..a”) bo nie udało się wejść do nabitego ludźmi pojazdu – można było zdecydować się na podróż piechotą do Skwierzyny. Jeśli nie miało się dużego bagażu. Szło się miło i przyjemnie i spacer trwał niecałe 4 godziny – jeśli szedł żołnierz i oszczędzało się na bilecie. Kobiety i babcie nie ryzykowały takiego marszu. Nie można było zadzwonić np. do domu, bo telefony komórkowe nie były znane, a zwykłe druciane były w niewielu domach. Na rozmowę do Warszawy, czy innych odległych miast czekało się na poczcie parę godzin. Rozmawiało się z cuchnącej papierosami i brudem kabiny, dodatkowo wszyscy na poczcie doskonale znali treść rozmowy, bo trzeba było krzyczeć – by się dogadać. Radio było już w prawie każdym domu ( często z gramofonem na płyty plastikowe) ale telewizor dopiero wchodził na wyposażenie. Na serial o Wołodyjowskim ( jak się nie miało telewizora) można było wybrać się do znajomych . Oglądała go cała rodzina i wszyscy goście. Nie zaszkodziło zabrać ze sobą buteleczki wina i paczki ciastek. Gdy trzeba było pilnie powiadomić bliskich o jakimś wyjątkowym wydarzeniu ( śmierć, choroba, przyjazd) wysyłało się telegram na poczcie ( oczywiście tylko w dni pracy i w godzinach pracy poczty). I już często tego samego dnia wiadomość docierała do adresata . Zawoził ją poczciarz na rowerze. Zwyczajowo dawało mu się za to 5 zł – duże, aluminiowe, z rybakiem na awersie. Był to dochód nie opodatkowany. Zresztą pojęcie podatku było mgliste i zwykłego pracownika( biedaka) nie obowiązywało. Zaczynało to funkcjonować dopiero w wypadku większego interesu prywatnego . Nazywani oni byli „prywaciarzami” , „badylarzami” itp. Oczywiście, że z każdego najmniejszego biedaka socjalistyczne państwo zdzierało niesamowity haracz „za plecami”. A i tak w sklepach było prawie pusto, mięso gdzieś znikało jak w kosmicznej czarnej dziurze. Towary przemysłowe trzeba było autentycznie „zdobywać” a luksusowe, jak auto – były na talony. Zwykły śmiertelnik jeśli nie był dyrektorem czy sekretarzem partii nie miał tak olbrzymiej ilości pieniędzy by kupić samochód. Gdy miał ambicje posiadania pojazdu mechanicznego kupował zepsuty stary motocykl. Remontował go własnym sumptem i jeździł wzbudzając zazdrość. Benzyna była tania. I biały ser i mleko ( warzyło się szybko) były tanie. Nawet żółty ser choć rzadko dostępny był dość tani. Mięso i wędliny były bardzo drogie i trudno dostępne. Dzisiaj jest odwrotnie. Tak mięso, jak i masło ,ser były natomiast świeże , pachnące i zdrowe. Bez konserwantów i całej chemii którą dzisiaj łykamy kilogramami. Nabawiając się śmiertelnych chorób. By kupić coś w sklepie mięsnym należało wstać o godz 4.00 rano i czekać w kolejce niewyspanych zjaw pod sklepem. Nie gwarantowało to zakupu, bo często towar kończył się właśnie na nas… Wielu szczęśliwców miało na wsi znajomą „babę”, która nielegalnie przynosiła wprost do domu całą ćwiartkę cielaka . Jeszcze ciepłą. W tzw. „zajdkach”, czyli grubej, dużej płachcie na plecach . Lodówki były rzadko spotykane, więc natychmiast mięso się marynowało, piekło , przerabiało i gotowało w słoikach. Było smaczne i zdrowe. Na ogół „wadza” wiedziała o tym procederze , ale rzadko łapała za to. Zresztą towarzysz sekretarz zaopatrywał się w ten towar w taki sam sposób. Panowała powszechna hipokryzja, mimo to ludzie otwarcie się śmiali z ludowej władzy, a ta traktowała to jak dopust Boży i nie reagowała. Uznawała to za wentyl bezpieczeństwa. Jak ludzie się śmiali wadza czuła się bezpiecznie. Gorzej jak robole zaczynali milczeć. Wtedy władza poprzez donosicieli ( było ich przeciętnie 1 donosiciel na 1 obywatela) starała się dociec „dlaczego milczą” – to mogło być groźne dla władzy. Mogło stanowić zapowiedź wysadzenia z siodła. Ponieważ w społeczeństwie, od wojny, wybito prawie całą inteligencję – łotrów i parszywców nie brakowało. Często na donosiciela donosił drugi – ten na którego donoszono. Donoszenie uchodziło za dowód wierności władzy ludowej. Pożytecznych idiotów jak i dzisiaj – nie brakowało… Dostawali dość szybko mieszkania poza przydziałem, lepsze stanowiska w pracy , ich dzieci dostawały się na studia bez problemów – nawet jak były tępe. I później stanowili armię niedouczonych inżynierów, lekarzy brzydzących się pacjentami i nie potrafiącymi leczyć a raczej pomagającymi grabarzom we froncie pracy ( wykonaniu normy, przerobie…) Jedno zjawisko było całkowicie nieznane tzn. cała sfera dzisiejszych „zbrodni i przestępstw” kończących się w nazwie na tzw. „izmy”. „Mowa nienawiści” była pojęciem z Marsa, bo wzorcowy Polak miał obowiązek szczerze i do głębi swego jestestwa nienawidzić imperialistów, faszystów, kułaków, bumelantów, kontestatorów socjalizmu . Książeczka Orwella „Rok 1984” była zakazana i tylko urząd cenzury na Mysiej wiedział co w niej jest. Natomiast zwykły Jasiek z Konkolewa Dolnego wiedział, że samą nienawiścią się nie zabija, do tego dopiero trzeba siekiery , młotka, wideł czy orczyka. Oczywiście pojęcie antysemityzmu istniało ale mogło być stosowane otwarcie nawet przez najwyższe władze. W „słusznym”relatywnie celu . Stosował go Gomułka w „Kumitecie Cyntralnym” i Jaruzelski ( matrioszka) w ludowej ( siermiężnej) armii. Nie było wtedy żydów, semitów tylko prosto – „syjoniści”. Jedno było jasne – faszysta to był zawsze Niemiec. (Mussolinii to była egzotyka włoska). Rasizm był pojęciem mało znanym. Murzynek Bambo był sympatycznym wierszykiem. I słowo „czarnuch” nie stanowiło żadnego zagrożenia czy niesmaku w użyciu werbalnym. Murzyni mieszkali w Afryce, Arabowie w swoich krajach, a granice były ściśle strzeżone przez żołnierzy, którzy strzelali do każdego kto chciał się przemknąć. A jak się już komuś udało to zostawiał ślady, bo granica miała zaorany pas ziemi, grabiony co rana. Żadnemu Arabowi czy murzynowi nie wpadało do głowy by stąd ni zowąd jechać do Europy. Bo po co. Było tam zimno, złe jedzenie( świnie) i nie było meczetów. Nie było jeszcze wtedy antyfaszystów niemieckich , którzy wygrali II wojnę w Berlinie. O tym dowiedzieliśmy się niedawno. Utrzymywano to przed nami w najgłębszej tajemnicy. Ale wydało się wreszcie jak Stolzman pojechał na defiladę w Moskwie. I ONI tam już byli… Nawet przyjeżdżają teraz do Polski wnuki antyfaszystów hitlerowskich i pomagają polskiej władzy poskramiać faszystów polskich (sic!?) w czasie marszów, w polskie Święto Niepodległości. Uchodzi ono w Brukseli za święto faszystowskie. Wg nich nawet Auschwitz to robota wrednych antysemitów Polaków . Hitler w czasie wojny z odrazą patrzył jak Polacy mordują ( gazują ???) i palą w piecach w obozach śmierci ( polskich piecach – a jakże) miliony żydów z całej Europy. Polaków także. I wojska niemieckie nic na to nie mogły poradzić bo Polacy biegali po ulicach obwieszeni bronią i granatami , z nożami w zębach i mogli wystrzelać niemieckie oddziały w Warszawie, Krakowie , Poznaniu , czy Wrocławiu i Gdańsku – jak kaczki. W latach 60 mówienie głośno o zbrodni katyńskiej było bardzo niebezpieczne dla każdego obywatela. Groziło represjami dla całej rodziny. Wyrzucenie z pracy, uczeń – zwolnienie ze szkoły i przeniesienie do innej. Ale co tam. Kto tam wtedy przejmował się polityką. Piło się dużo i często, wódka była tania ( jak dzisiaj) i kto był w pijanym widzie nie zajmował się polityką tylko kacem porannym . Każdy czekał na sobotę i godzinę 13.00 i wtedy to już były tylko zabawy, tańce, dancingi , ogniska na wolnym powietrzu, gitary i piosenki. Wino „Patykiem Pisane” , wino owocowe – J-23, były tanie i dobre. Dobre – bo tanie. Wódka czysta z niebieską ( siwucha) i czerwoną nalepką. Gitary elektryczne produkowało się własnym sumptem z grubej deski. Seksualne wygibasy w krzakach i zaroślach trwały od sobotniego wieczora do poniedziałkowego poranka . Kiedy to trzeba było pójść znowu „do pracy”. By tam jako tako wytrzeźwieć. Do hotelu nie wolno było przyjść z panienką, bo sprawdzano, czy jest się małżeństwem ( w dowodzie osobistym) . Nawet jak zgubiło się klucz od domu- nocleg w hotelu dla mieszkańca tej samej miejscowości wymagał niemal policyjno -żandarmeryjnego śledztwa. Skwierzyna była dużym garnizonem wojskowym, gdzie z ogromną tajemnicą ( znaną wszystkim mieszkańcom) przechowywano rakiety do których przewidziano głowice jądrowe. Polowa Techniczna Baza Rakietowa.
    Dodatkowe poczucie bezpieczeństwa (przed atakiem amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich NRF- owskich odwetowców, dawała sowiecka jednostka łączności sąsiadująca przez płot z polską bazą rakietową. Wojska w miasteczku było pełno. Już po przejściu torów kolejowych zaczynało się królestwo Ludowej ( polskiej) i Czerwonej ( sowieckiej ) armii. Garnizon położony był na skraju miasta. Prowadziła do niego porządnie wybrukowana ulica aż do bramy garnizonu. Od torów było to kilkaset metrów. Ciągnęły się wzdłuż niej koszary wojskowe polskiego garnizonu i tuż przy nich , solidny mur radzieckiej jednostki łączności. Część polska niczym nie różniła się od rosyjskiej – były to te same poniemieckie, pruskie budynki.
    Jedyne, co je na pierwszy rzut oka różniło to okna. Rosyjskie, w których brakowało szyb, były zaklejone tekturą i gazetami.
    Po lewej długi szereg piętrowych willi, z ogrodami-placykami zabaw dla dzieci. Mieszkali tam oficerowie, podoficerowie, praporszczycy rosyjscy i ich rodziny. Za przedwojennym, porządnym, ogrodzeniem nie widać było żadnego ruchu.
    Idąc do miasta przez tory przechodziło się nieciekawą ulicę ze starymi domami, zaniedbanymi, jak wszędzie w takich miasteczkach.
    Metaliczny zapach torów kolejowych, zmieniał się w balsamiczną woń napływającą z uliczki po lewej, gdzie mieściła się miejscowa wytwórnia wędlin.
    Na początku ulicy znajdował się park przy stacji kolejowej, a w nim pusty, wysoki piedestał z czarnego, błyszczącego marmuru, po jakimś niemieckim pomniku . Otoczony dostojnymi, wysokimi tujami.
    Na marmurze widoczne były ślady po poodbijanych literach.
    Sprawiało to tajemnicze wrażenie, bo cokół był niewidoczny, jeśli nie zaglądnęło się do zagajnika z tujami.
    Dalej parterowe poprzyklejane do siebie stare domki, wreszcie kilka trzypiętrowych niedużych bloków, w tym jeden wojskowy. Skrzyżowanie, obok remizy straży pożarnej i starego kościoła z anglikańską wieżą.
    Tu domki były wyższe, stylowe. Stały tuż przy ulicy – to była „starówka” miasteczka jeszcze z czasów III Rzeszy.
    Most na Warcie widniał po lewej, na końcu wznoszącego się podjazdu. Park po prawej, czyli trochę drzew i ławek z betonową podstawą – koszmarnymi, jak wiele innych rzeczy w tych latach.
    Nieduża budka gastronomiczna na skraju parku. Duża część parku ogrodzona była siatką metalową. Budowano pomnik Jagiełły.
    Koło szpitala aleja wysadzana starymi olbrzymimi kasztanami, rosnącymi na brzegach wąskiej rzeczki-kanału, wypływającej z bagiennych terenów za miastem i niknącej pod ulicami miasteczka. Woda wypływała z podziemi na łąki za miastem i wpadała do niedalekiej Warty. Aleją kasztanową płynęła czysta, przejrzysta woda. A zaczynała swój bieg za obecną ulicą Sobieskiego i za nowym cmentarzem na bagnach. W wielkich zaroślach w lesie. Dzisiaj jest tam małe jeziorko.
    Aleja była urocza. Panował na niej głęboki cień od wiekowych kasztanów i spokój. Mało kto tamtędy przechodził. W dzisiejszym budynku policji był jedyny w miasteczku hotel. Jak na takie miasteczko posiadał nawet jednoosobowe pokoje i to z umywalką. WC było na korytarzu. Był to niesłychany luksus. Nie było żadnego osiedla domków za szpitalem. Były nieużytki. Stary cmentarz z kaplicą był zarośnięty i było na nim dużo starych grobów. W domu kultury – naprzeciwko budowanego pomnika – w soboty , w małej salce na parterze odbywały się potańcówki. Na których miejscowy zespół wyśpiewywał skoczne piosenki w rodzaju :
    „Niech żyje nam armia czerwona
    W swych sojuszników uzbrojona
    Niechaj nam żyje baćka Stalin
    I jego armia co ze stali”.

    A miejscowe, wykąpane i czyściutkie dziewczęta , w tanich ale ślicznych , kolorowych, dziewczęcych sukienkach z perkalu – tańczyły tam z chłopcami i żołnierzami. W wielkim ścisku i gorącu. Bo salka była mała, zaś chętnych do zabawy dużo. Dziewczęta nie miały wymalowanych paznokci, drogich kreacji , szpilek na 10 cm obcasie i złotej biżuterii. We włosach miały wstążki za grosz , a wyglądały jak księżniczki. Młodość dodawała im uroku.
    Lato było gorące bez kropli deszczu.

    Letni oniryzm
    (lato 1968 w Schwerin)

    W sennych wąwozach
    Uliczek małych miasteczek
    W niedzielne upalne popołudnie
    Drzemie pod ścianami domów
    W otwartych wrotach bram
    I uchylonych firanek
    Niemy seledynowy cień

    Słońce przetacza się
    Po dachach kamienic
    Szperając w zakamarkach gzymsów
    Wiatr umknął do lasu
    Kołysze się w koronach sosen
    Gotów wrócić
    Na pierwszy pomruk burzy

    Tylko jaskółki
    Jak czarne meteory
    Tną pracowicie rozpalony błękit
    Nim zapadający zmierzch przypomni im
    gniazdach przyklejonych kątem
    U ich bezskrzydłych przyjaciół
    Za szybą okien.

    © M.Mozets 1968

    2018
    Idę przez miasteczko po 50 latach. Nie mam trudności z rozpoznaniem ulic. Zaczynam od stacji kolejowej na której kasy biletowe są nieczynne. Dworzec sprawia w wrażenie wymarłego. Toalet nie ma . Ceglane ściany stacji wysmarowane napisami farby w sprayu. Cisza. Tory zapomniały już jak po nich jeździły pociągi do Poznania i do Krzyża. Nie ma już cokołu po jakimś niemieckim pomniku , który stał otoczony i zamaskowany tujami. Na podwórzu Liceum cisza. Na przystanku autobusu nie ma tłumu czekających. Za to po ulicach jeździ ogromna ilość samochodów prywatnych. Trzeba uważać przy przechodzeniu przez jezdnię. Mój stary hotel, który dawniej przygarniał mnie nie zawsze czystą pościelą, jest teraz we władaniu policji. Ładnie wyremontowany. Kościół Zbawiciela i jego ogrodzenie rozpoznaję bez trudu. Również widzę , że jak mnie przybyło 50 lat on dalej czeka na odnowienie, remont , restaurację. Tuż za nim próbuję nosem odnaleźć zapach małej piekarni gdzie kupowałem pieczywo, bułki i chleby, rogaliki o niebiańskim smaku. Nie ma już przybytku „chleba naszego powszedniego”. Szkoda.
    Straż pożarna ładnie wyremontowana. Jacyś młodzi ludzie w uniformach przeglądają sprzęt. Coś nowego przede mną: dwupasmowa ulica. Muszę trochę zaczekać, ruch spory – nie będę ryzykował, choć wielu kierowców przepuszcza pieszych – mnie się nie śpieszy. Nie mam do czego. Znikła na rogu budka totolotka. Natomiast po prawej widzę piękny market. Jak pałac, jak świątynia. Nie ma wody w rowie na alei kasztanowej. Sucho. Cała aleja choć kasztany nie znikły- albo straciła coś ze swojego uroku albo zawstydziła się , że jeszcze żyje – jak ja. Kawiarnia po prawej istnieje dalej. Ale już na rogu nie ma restauracji gdzie zamawiałem tzw. „chłopskie żarcie” , albo smaczną jajecznicę na kiełbasie i boczku . Jest teraz sklep z talerzami i innymi bardzo potrzebnymi przedmiotami. W sklepiku gdzie pani sprzedawała kapustę kiszoną jest teraz biuro. Pani od kapusty zawsze wymagała naczynia na kapustę. Torebek plastikowych wtedy nie było a pakować w papierową zabraniały jej przepisy albo zły humor. Humor miała przeważnie zły. Kapusta zaś była smaczna i dobra. Na schodkach domów i na ławkach siedzi cały czas sporo ludzi słabo ogolonych , nie ostrzyżonych , pachnących piwem. Zaczepiają mnie bo wiedzą ,że nie jestem stąd.
    „Kierowniku papierosa”, „złotóweczkę na pyweńko” . Grzecznie bez zdenerwowania odmawiam. Nie wolno dawać. Jeden wyłom i będę musiał dawać stale. A jeszcze dzisiaj nie wyjeżdżam. Mówię: im że nie mam , że nie palę od 30 lat, wreszcie – że mam ale na co innego. Albo mówię ,że nie mogę dać. Rozumieją. Mówię do nich zwalniając krok i patrząc przyjaźnie. Wiem ,że nie wolno się zatrzymywać. Ale i nie wolno się denerwować.
    Coś nieładnie pachnie od rzeki. Jak kapusta, ale mocno zepsuta. Idę zobaczyć co to – bo w tym miasteczku zawsze pachniało. Wieczorem np. z ogrodu przy willi pani fotograf ( śp.) w uliczce niedaleko kina, pachniało odurzająco maciejką. Robiła ładne zdjęcia ślubne i wszelkie inne. Świeć Panie nad Jej duszą.
    Już widzę – nad rzeką pracuje oczyszczalnia ścieków. Rzecz pół wieku wcześniej rzadko spotykana w Polsce. Ale przecież wiatr ma to do siebie , że nie zawsze wieje od rzeki. Zmartwieniem są więc obdzielani sprawiedliwie wszyscy – we wszystkich kierunkach. I rzeka jest czysta – czym dawniej specjalnie się nie martwiono. Idę pięknym deptakiem pomiędzy zabytkowymi domami starówki miasta. Już nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądała w tym miejscu ulica. I ruch kołowy na niej.
    Ratusz jakby pojaśniał, dawniej stał sobie skromnie pomiędzy drzewkami , chodnikami i trawnikami. Teraz cały plac jest wybrukowany. Są lampy i fontanna. Odwiedzam stary poniemiecki most. Nie ma go. Nie ma charakterystycznych stalowych łuków. Jest współczesny most. Nowy. Silny. Wytrzymały. Nie ma też starego betonowego mostu w kierunku na Murzynowo. Zawsze zachodziłem w głowę skąd ta nazwa .Ale być może jak już spoza Odry dotrą rzesze ludności z Nigerii, Somalii , Etiopii wreszcie nazwa zyska uzasadnienie. Może to 50 lat temu stanowiło przepowiednię??? Po grzbiecie przechodzą mi ciarki. Transcendencja coraz bardziej mnie przekonuje. Z wiekiem. Koło pomnika Jagiełly rondo – coś nowego. Bo i ruch większy. I znowu parę dużych marketów wokoło. Chyba ludzie przez te 50 lat wzbogacili się bo ruch w nich spory. Coraz to ktoś wyjeżdża z dużym wózkiem wyładowanym całą masą różnych kolorowych gówienek w 20 rodzajach smaku i 30 odmianach zapachu. I tutaj gubię się. Chcę kupić zwykłe mleko, zwykły ser biały i zwykły chleb. Ale na półkach jest tyle przeróżnych odmian tego jadła, że trudno wyczuć które nadaje się do jedzenia. Jak dawniej. Nie samym chlebem jednak człowiek żyje. Więc idę za miasto do lasu, gdzie chodziłem ze swoją miłością i gdzie na cichej, spokojnej polance tysiące razy zapewniałem ja ,że ją kocham i że nic nas nie rozdzieli.
    Aż do śmierci.
    Tylko, że młody człowiek nigdy nie wyobrazi sobie ,że kiedyś umrze. Stąd jego przysięgi są naprawdę szczere.
    Mojej polanki nie ma. Las wycięto. Stoi tutaj teraz jakaś fabryka.
    Ale słońce jest to samo. Niebo to samo. I gdy przyjdę tu nocą, nad moją głową będą te same gwiazdy co pół wieku temu. Będą patrzeć na mnie milcząco i obojętnie . I czekać na mnie. Wiszą na niebie od milionów lat i mają dla mnie i wszystkich , którzy na nie patrzą- tak samo dużo czasu, jak przed tysiącami wieków. Mówię do nich szeptem: „do zobaczenia”. Wiem, że słyszą mnie doskonale . Bo mrugają przyjaźnie swoimi srebrnymi oczami.

    © Marek Mozets. 2018.

Dodaj komentarz