O tym jak Netflix poszedł do lasu, czyli recenzja filmu „Rytuał”

Współczesnemu człowiekowi rzadko zdarza się chodzić do lasu. Zdążyliśmy już nieco zapomnieć, jak dawniej te nieprzebyte połacie zieleni wzbudzały strach i podziw u naszych przodków. Nie było lepszej kryjówki niż ciemny bór. Czaiły się tam najgroźniejsze zwierzęta, mieszkali w nich zbójcy, złodzieje i wyrzutkowie. Wierzono, że lasy to ziemie szczególnie ukochane przez magiczne istoty takie jak skrzaty, nimfy i całe rzesze najróżniejszych potworów. Obecnie już tak nie uważamy. Zdaje nam się, że zbadaliśmy i przeszliśmy wszystkie lasy wzdłuż i wszerz, tak iż nie mają już przed nami żadnych tajemnic.

David Bruckner, młody reżyser, którego najbardziej znanym filmem do tej pory był horror „V/H/S” (2012 rok), współpracując z popularnym serwisem Netflix, w 2017 roku, na podstawie książki Adama Neville’a, stworzył „Rytuał” – historię czterech mężczyzn, przyjaciół jeszcze z czasów studenckich, którzy jadą na wycieczkę górską na granicę Szwecji i Norwegii. Chcą w ten sposób uczcić pamięć zamordowanego kolegi, którego marzeniem była właśnie taka podróż. Niestety, żaden z nich  nie jest szczególnie zadowolony z męczącej wyprawy, więc kiedy Dom (Sam Troughton) rani sobie nogę, postanawiają pójść na skróty przez porośniętą lasem dolinę, byle dotrzeć do chatki, w której będą mogli odpocząć.

Już u bram ciemnego boru zastaje ich zardzewiały wrak transportera z lat 60. XX wieku. Ten co prawda dziwaczny widok nie zraża ich jednak do dalszej drogi i kontynuacji spaceru wśród drzew. Im dalej idą, tym bardziej zaczynają tego żałować, są coraz bardziej wyczerpani, stają się wobec siebie zaczepni, a to nie pomaga w momencie, gdy coś cały czas zdaje się ich obserwować.

Film skupia się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, a nie opiera się na popularnych obecnie jump scare (scenach, w których niespodziewanie zza rogu wyskakuje jakieś straszydło). Brucknerowi całkiem nieźle udało się poprowadzić akcję w taki sposób, żeby widz się nie znudził.

Można jednak stwierdzić, że film wiele by zyskał, gdyby jeszcze bardziej skupiono się w nim na motywie powolnego popadania bohaterów w swoisty obłęd.  Ich ukształtowana przez współczesny świat racjonalność ludzi przyzwyczajonych do nowoczesnych technologii, szerokiego dostępu do dóbr i wygodnego, bezpiecznego życia, styka się z pradawnym złem, które zgodnie z wszelką wiedzą naukową po prostu nie istnieje.

Aktorzy nieźle poradzili sobie ze swoimi rolami. Na największą pochwałę zasługuje Sam Troughton, którego postać leniwego i złośliwego Doma  jest najbardziej wyrazista spośród całej czwórki. Najgorzej wypadł główny bohater – Luke. Rafe Spall, który się w niego wcielił, nie do końca podołał roli zniszczonego przez życie mężczyzny. Luke bywał miejscami „papierowy”, nieszczerze smutny, nieprawdziwie silny.

„Rytuał” miejscami wyraźnie czerpał inspirację z innego znanego horroru pod tytułem „Blair Witch Project”. Dla przykładu: motyw dziwacznej chaty, w której nocują koledzy, był ewidentnie wzorowany na tym, co się działo w nawiedzonym domu Parra, a scena, w której bohaterowie rozbijają obozowisko i siedząc w namiotach, słyszą przerażające odgłosy dochodzące z lasu, wydaje się być niemal wycięta z klasyku z 1999 roku.

Czy to źle, że „Rytuał” aż tak mocno czerpie z wyżej wymienionego horroru Daniela Myricka , Eduardo Sáncheza? Nie. Po prostu pozbawiło go to oryginalności w kontekście samej fabuły.

Co się tyczy estetyki filmu – jest na naprawdę wysokim poziomie. Zdjęcia i scenografia rewelacyjnie oddają atmosferę pogłębiającego się niepokoju. Piękne widoki ogromnego lasu, wysokich drzew sprawiają, że widz czuje respekt przed siłami natury, w które wkroczyli bohaterowie. Półmrok jaki tam panuje i słoneczne prześwity dokładnie tam, gdzie są potrzebne doskonale wspomagają wyobraźnie zarówno czwórki przyjaciół, jak i oglądających.

Omawiając walory estetyczne, nie można pominąć efektów specjalnych. Szczęśliwie nie było ich dużo. Niestety, trzeba przyznać, że bolączką współczesnych horrorów jest fakt, że zazwyczaj potwory wydają się komputerowe, już kiedy ukazane są  na ekranie, a za dziesięć lat będzie jeszcze gorzej. Trudno jednak stwierdzić czy w „Rytuale” też to odnajdziemy. Po raz kolejny należy pochwalić autora zdjęć i scenografa za to, że monstrum do końca pozostało w półmroku. Dzięki temu widz sam musi sobie poniekąd wyobrazić, jak według niego wyglądał ów stwór, a wiadomo, że nic tak nas nie wystraszy, jak to co sami sobie wymyślimy.

Podsumowując –– „Rytuał” jest dobrym horrorem, jednak do gatunku arcydzieł czy gniotów nie można go zaliczyć. Czasami brak mu oryginalności i po seansie można odczuć lekki niedosyt, gdyż nie do końca poznaliśmy bohaterów. Z drugiej strony zdjęcia są zachwycające, film dobrze trzyma tempo i buduje napięcie, dzięki czemu historię przyjaciół ogląda się z przyjemnością. Wydaje się, że to dobra produkcja, która została stworzona z myślą o tym, by zadowolić fanów gatunku, a nie by skłonić kogokolwiek do głębszych przemyśleń. Można ją więc polecić tym, którzy mają ochotę na lekki horror, który obejrzą i szybko o nim zapomną.

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marta Marek Contributor
Szef Działu Grozy w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Marta Marek – Pochodząca ze Śląska studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Miłośniczka kryminałów i kina grozy. W wolnym czasie amatorsko zajmuje się fotografią. Od września zajmuje się szeroko pojętą tematyką grozy w Redakcji Magazynu Kulturalnego „Horyzont”.
follow me

Dodaj komentarz