O historii Polaków na Syberii, o moich korzeniach i o tym, co łączy mnie z Polską

Komuś może wydawać się dziwne, że ktoś urodzony na północy Kazachstanu mówi po polsku, uwielbia pierogi z truskawkami i czerwone korale. 
Tak jak ja. Urodziłam się w 1982 roku w południowej części Syberii Zachodniej, w miasteczku Pietropawłowsk, który znajduje się w 30 kilometrów od granicy z Rosją. Ten region jest wyjątkowy ze względu na różnorodność etniczną. W latach osiemdziesiątych mieszkało tam oprócz Kazachów, dużo Rosjan, Ukraińców, Polaków, Niemców, Tatarów, Koreańczyków, Żydów, a nawet i wielu Rumunów, prawie wszyscy są potomkami ludzi deportowanych z Europy i innych części świata, przez Imperium Rosyjskie, a później przez Związek Radziecki. Gdy byłam małym dzieckiem, prawie wszyscy moi przyjaciele byli wnukami zesłańców z Europy Wschodniej, którym w jakiś sposób udało się przetrwać.

 
Istniały nawet całe wielkie wsie, niemieckie, ukraińskie. Wystarczy poznać trochę historię krajów Europy Wschodniej i Środkowej, aby zrozumieć dlaczego Syberia i Kazachstan nazywają się „cmentarzem narodów”. Krajobrazy Syberii Południowej są malownicze, ale klimat jest tak zimny, że ludzie z innych krajów nie mieli szans na przetrwanie, co więcej zesłańcy nie mieli własnych domów i majątków. Pośród tych zesłańców była moja babcia, której rodzice zostali deportowani z Polski.

 
Historia mojej babci była wielką tajemnicą, w mojej rodzinie o tym się nie mówiło, nawet sama babcia nic o tym nie wiedziała, bo była niemowlakiem, kiedy jej rodzice zginęli. Oni nie mogli przeżyć z zimna i z głodu, zmarli zaraz po przyjeździe. Ich jedyne dziecko wychowało się w rodzinie kazachskiej na małej wsi, jak wiele innych dzieci zmarłych zesłańców. Babcia mówiła tylko po kazachsku i trochę po rosyjsku. Ale jej sąsiedzi ze wsi, ludzie w podeszłym wieku, którzy byli świadki tamtych wydarzeń, opowiedzieli nam historię naszych przodków.

 
Ostatnio często mówiło się o deportacji Krymskich Tatarów, ale ten temat jest tak obszerny, że potrzebuje wnikliwych badań. Kilka lat temu ja szukałam informacji o deportacjach Polaków na Syberię. Opracowań poświęconych sprawom deportacji Polaków jest niewiele, ale te artykuły, które znalazłam w Internecie są godne polecenia. Jeden z nich nazywał się „Tygiel Syberii”.

 
Terytorium dzisiejszego Kazachstanu w wieku osiemnastym zostało przyłączone do Rosji, wkrótce po tym odbyły się pierwsze deportacje z Polski uczestników powstań przeciwko mocarstwu. Rodzice mojej babci zostali zesłani na początku XX wieku, do rewolucji bolszewickiej, najprawdopodobniej przez cara Mikołaja II.

 

Po rewolucji 1917 roku, Kazachstan został wcielony do Związku Radzieckiego, na polecenie Stalina i komunistów trwały nieustanne deportacje z Polski, Ukrainy, Niemiec i innych krajów. Deportacje z Polski trwały prawie przez dwieście lat, aż do drugiej wojny światowej, ale po drugiej wojnie światowej zsyłani tam byli w dalszym ciągu mieszkańcy Ukrainy, Niemiec, Rumunii, przeciwnicy polityki partii komunistycznej. Czasem deportacje były masowe, a zdarzało się, że, ludzie po prostu znikali, z czasem okazywało się, że oni są gdzieś na Syberii. Często deportacje odbywały się nagle, w nocy, ludzie nie mieli szans zabrania ze sobą najpotrzebniejszych rzeczy, dużo ludzi umierało już podczas transportu.

 

 

W wieku dziewiętnastym przyjeżdżali z Polski na Syberię również imigranci zarobkowi, na eksploatacje zasobów naturalnych. Ale większość Polaków zamieszkałych na Syberii, to byli powstańcy, najczęściej ludzie szlacheckiego pochodzenia. Dzisiaj to dziwnie brzmi, że kiedyś w Kazachstanie mieszkali polscy poeci i książęta. Bardzo dużo ich potomków zostało znanymi muzykami, poetami, artystami.

 

 
Pamiętam, że działało na tamtym regionie kilka polskich organizacji kulturalnych, ale były one bardzo małe, myślę, że brakowało im wsparcia ze strony państwa.

 

 
Choć w Związku Radzieckim bardzo głośno się mówiło o „przyjaźni narodów”, w rzeczywistości ludziom było bardzo trudno zachować tożsamość narodową, mówić w języku ojczystym. Większość z moich przyjaciół nie mówili w języku ojczystym, nie mieli możliwości uczenia się w języku ojczystym, niektórzy z nich nawet byli zawstydzeni, bo wszyscy dookoła mówili tylko po rosyjsku. Wszystko w życiu społecznym i prywatnym było kontrolowane przez partię komunistyczną.

 
Ale najbardziej prześladowane były tradycje religijne. W państwie komunistycznym, gdzie w roku 1917 zabito tysiące księży, kościoły zniszczono, bądź przebudowano je na sale sportowe albo muzea, jakakolwiek religia była całkowicie zabroniona, Biblie i inne książki konfiskowano, wiernych aresztowano. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po upadku Związku Radzieckiego, ludzie otrzymali wolność wiary. Powstały nowe kościoły, prawosławne, katolickie, protestanckie, meczety, synagogi, często bardzo blisko siebie.

 
Chociaż część członków mojej rodziny ma przodków muzułman, a moi rodzice byli ateistami i nawet członkami partii komunistycznej, ja od dziecka wybrałam wiarę chrześcijańską. Bardzo interesowałam się językami i kulturą narodów słowiańskich. I generalnie historią Polski, w dzieciństwie zrobił na mnie szczególne wrażenie ruch antykomunistyczny i „Solidarność”. To wszystko spowodowało, że zainteresowałam się całą Europą i jej historią. Od dziecka myślałam że jak dorosnę, to przeprowadzę się do Europy, czułam, jak bardzo jestem z nią związana. Od lat mieszkam w Europie, przeprowadzam się bardzo często, całe moje życie to nieustanny chaos ciągłych przeprowadzek. Wiele razy zaczynałam wszystko od nowa, z większym lub mniejszym sukcesem. Jestem muzykiem, gram i śpiewam pieśni we wielu językach, uwielbiam piosenki ludowe, lubię eksperymentować.

 
Babcia bardzo mnie kochała, spędzałam z nią dużo czasu, bo ja bardzo nie lubiłam komunistycznego przedszkola. Ona zmarła, kiedy ja miałam 10 lat, bo nie mogła pogodzić się z przedwczesną śmiercią mojego ojca. Ale ja pamiętam, że ona miała delikatną słowiańską urodę, spokojny, cierpliwy charakter, bardzo wyrafinowane maniery. Wychowała się w ubogiej kazachskiej rodzinie w małej syberyjskiej wsi, całe swoje życie spędziła w nędzy, ale nigdy nie narzekała. To po niej odziedziczyłam wolną, lekką i wesołą duszę słowiańską. Coś w mojej postaci i charakterze bardzo odróżniało mnie od pozostałych członków rodziny, wszyscy mi o tym mówili. Nawet moje zamiłowania kulinarne były inne, czasem gdy gotowałam coś dla siebie, tworzyłam jakieś nowe danie, później dowiadywałam się, że ta potrawa, którą ugotowałam, jest tradycyjnym daniem polskim. Lubiłam muzykę Chopina, chociaż wcześniej nie interesowałam się jego pochodzeniem.

 
Gdy uczyłam się polskiego, zaczęłam rozmawiać po polsku już po kilku tygodniach nauki. W odróżnieniu od innych języków, których się uczyłam, na przykład, po francusku zaczęłam mówić dopiero po roku nauki. Ale nie tylko dlatego, że ja jako jedyna z naszej rodziny, oprócz koloru włosów i oczu, jestem podobna do polskiej babci, zawsze pamiętam o naszym polskim pochodzeniu. Być może już dawno zapomniałabym o tym, gdyby zawsze nie wydarzyło się coś, co mi o tym przypominało. Miałam wiele snów o Polsce, wszystkie prawdziwe i wszystkie o głębokim znaczeniu, co trudno wyrazić słowami.

 
A moja pierwsza podróż do Polski była bardzo symboliczna. Po raz pierwszy przyleciałam do Warszawy w roku 2012. Zamieszkałam w hotelu na Muranowie, w pokoju z pięknym widokiem na centrum miasta. Pierwsza niespodzianka czekała mnie właśnie tam w już pierwszego dnia. Gdy weszłam do pokoju, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam ciekawy pomnik na dole. Trudno było zrozumieć co to jest, tylko było widać wiele krzyży, dużych i małych.

 

Następnego dnia rano poszłam sprawdzić, co to za pomnik. Okazało się, że to Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, który przedstawia ładunek krzyży, a także żydowską macewę i nagrobek muzulmański, umieszczony na platformie symbolizującej wagon deportacyjny. Na podkładach kolejowych umieszczono nazwy pól bitewnych z września 1939 znajdujących się we wschodniej Polsce oraz nazwy miejscowości-miejsc kaźni narodu polskiego w ZSSR. Ten pomnik, prawdopodobnie jedyny w całej Warszawie, symbolizuje wielką tragedię narodu polskiego.

 
Drugiego dnia mojego pobytu w Warszawie umówiłam się na spotkanie z przyjaciółką, z którą do tej pory znałam się tylko przez Internet. Za kilka godzin do spotkania poszłam zobaczyć Kościół Świętego Krzyża na Trakcie Królewskim. Bardzo mi się tam podobało, spędziłam tam dużo czasu, dokładnie w miejscu, gdzie spoczywa serce Fryderyka Chopina. Wiele osób zostawiało w tym miejscu kwiaty. Pomyślałam sobie, że chciałabym też coś zostawić, bo nie wiem, kiedy następnym razem tu przyjadę. Ale kwiatów nie miałam, czasu miałam też już niewiele, dlatego zdjęłam z ręki niebieską bransoletkę i położyłam wśród kwiatów. Pomyślałam że chociaż to niewielki prezent, ale zostawiłam tam z całego serca. Potem poszłam na Plac Zamkowy na spotkanie z Magdaleną. Magda okazała się bardzo miłą dziewczyną, ale gdy zobaczyła mnie, najpierw ofiarowała mi prezent. No i co to było? To była bransoletka z korali, taka sama jaką ja zostawiłam w kościele, ale nie niebieska, tylko czerwona, z tradycyjnymi polskimi motywami. Bardzo mnie zadziwiła ta już kolejna niespodzianka, ale Magdzie o tym nie wspomniałam. To był bardzo ważny znak, przesłanie, odpowiedź. Od tamtej pory upłynęło już kilka lat, dużo rzeczy się zdarzyło, ale tę bransoletkę zawsze mam przy sobie.

 
Mam też kilka obrazków „Jezu ufam tobie” świętej Faustyny Kowalskiej, które wzięłam w kościele Świętego Krzyża. Na początku wzięłam je jako pamiątkę, bo do tej pory miałam tylko obrazki prawosławne. Dopiero kilka latu lat temu sama doznałam, że ten obraz jest naprawdę cudowny. Zawsze noszę ze sobą jeden z obrazków „Jezu ufam tobie”.
Kiedyś odwiedziłam też Kraków, oczywiście Wawel i Katedrę na Wawelu. Tego wieczoru nie było tam wielu turystów. W pewnym momencie zobaczyłam, że jestem omalże sama w całej katedrze. Okazało się, że godzinę do mszy świętej turystów już nie ma, a wierni jeszcze nie przyszli na kolejną mszę świętą. Więc byłam, przez omalże jedną godzinę, na niezapomnianej audiencji u polskich króli i świętych pochowanych w katedrze.

 
To było jakiś czas temu, wiele rzeczy się wydarzyło od tamtej pory, ale prawdziwym powodem do napisania tego artykułu było następujące wydarzenie. Od najmłodszych lat mieszkałam w wielu krajach, teraz przeprowadziłam się do Holandii. Po pierwszych miesiącach mojego tu zamieszkiwania, pewnego ranka usłyszałam we śnie, że jakiś Polak gra dla mnie osobiście poloneza „Pożegnanie Ojczyzny” Michała Ogińskiego. Tak pięknie brzmiała melodia, a w niej brzmiało coś bardzo poważnego, tak jakby coś wołało mnie głosem sumienia. Dziwiłam się, dlaczego właśnie ten polonez, bo słucham dużo muzyki klasycznej innych kompozytorów. Zaczęłam szukać czegoś na ten temat w Internecie. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że ten polonez jest dedykowany Polakom mieszkającym na stałe poza granicami Polski. Naprawdę, to ten polonez jest prawdziwym hymnem Polonii. Wtedy zrozumiałam, że gdziekolwiek będę mieszkała, powinnam zawsze pamiętać o moich polskich korzeniach. Pomyślałam sobie, że trzeba znaleźć jakąś wspólnotę polską, może nie będę czuła się tak samotna. Trochę później znalazłam na Facebooku zaproszenie na Noc Kupały organizowaną przez PNKV (Polsko-Niderlandzkie Stowarzyszenie Kulturalne) i Ambasadę Polski w Holandii. Chociaż nie byłam pewna, czy będę mogła wziąć w niej udział, wszystko co się wydarzyło, umożliwiło mi jednak mój wyjazd.

 
Uroczystość była bardzo piękna, wyjątkowa i niezapomniana, pogoda też nam dopisała, a ludzie byli tak bardzo życzliwi i otwarci, że na pewno ten wieczór zostanie na długi czas w sercach wszystkich, którzy tam byli. Panowała bardzo towarzyska, rodzinna atmosfera, czuliśmy się na tej farmie wśród malowniczych holenderskich krajobrazów, jak w domu. Wialiśmy wianki, rzucaliśmy je na wodę, tańczyliśmy, śpiewaliśmy przy ognisku prawdziwe polskie piosenki ludowe. Dokładnie podczas tej imprezy dzięki panu Waldemarowi z PNKV pojawił się pomysł napisania tego artykułu.

 
Oczywiście bardzo lubię ten kraj, w którym mieszkam, chociaż mieszkam tu dopiero od kilku miesięcy. Ale dziedzictwo polskie, zarówno kulturowe i duchowe zawsze będzie dla mnie bardzo ważne, tak jak moje sumienie. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała możliwość częstszych wyjazdów do Polski. Jest tak wiele miejsc, gdzie jeszcze nie byłam, jak Toruń, Mazury, Tatry, Białowieża, ale myślę, że w pierwszej kolejności muszę odwiedzić Gdańsk i Pomorze.

 
Od dziecka Polska zawsze tak mnie wolała, że teraz ona jest dla mnie ważniejsza, niż ten kraj, w którym się urodziłam. Jak ten obrazek Jezusa Miłosiernego wszystko co łączy mnie z Polską nadaje mi sił, nadziei i mądrości, zawsze niesie spokój w duszy, który tak trudno znaleźć w chaosie i burzach dzisiejszych czasów.

This slideshow requires JavaScript.

Autor: Karli Iskakova

Redakcja Administrator
Magazyn Kulturalny Horyzont – nieformalne pismo internetowe założone 5 września 2015 r. przez dziennikarkę, poetkę i kandydatkę do ZLP Oddział Szczecin Annę Jakubczak. Horyzont ma na celu przekazywanie rzetelnych informacji, zachęcać do rozwoju osobistego i poznawania świata oraz dawać możliwość pokazania się szerszemu gronu poprzez organizowanie spotkań autorskich, wernisaży, slamów poetyckich i innych imprez kulturalnych we współpracy ze Związkiem Literatów Polskich oddział w Szczecinie, Książnicą Pomorską, Starą Rzeźnią oraz Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach.
follow me

Dodaj komentarz