Nie obawiasz się kary podpalacza?, recenzja: Hide & Dream – „The Arsonist” (2017)

Życie potrafi zaskoczyć. Przynajmniej w teorii powinienem być przygotowany na to, że poszukując czegoś nowego do zrecenzowania, trafię na rzecz wyjątkową – i taką też znalazłem. Jak zdążyliście już zapewne zauważyć, do tej pory opisywałem albumy spokojniejsze, dlatego też tym razem postanowiłem sięgnąć do obszaru muzyki mocniejszej w wyrazie.

Po tagach takich jak „hardcore”, „metal” czy „metalcore”, spodziewać się można przede wszystkim energicznych uderzeń o struny gitarowe. By nie było zbyt jednostronnie i monotematycznie, członkowie zespołu dodali coś jeszcze – „electronic”. Album nie trzyma się jednego, utartego schematu. Do rozpoznawalnych od pierwszej chwili krzyków, pojawiających się już w otwierającym zestawienie Brothers, dołączą dźwięki charakterystyczne dla zupełnie innej sfery muzycznej. Czy wyszło to na dobre? Zdecydowanie tak. Prawdą jest, że o wiele więcej jest tu rocka i metalu, niż wspomnianej wcześniej elektroniki – chodzi tu bardziej o pewne zabiegi edycyjne, a nie typowe melodie (lub efekty dźwiękowe), które mogły przyjść niektórym do głowy. Choć pojawią się i te, nie przeczę. Swoje pięć minut będzie miał tu nawet fortepian (nawet jeśli są to tylko sample) – z całą pewnością nie będzie więc nudno.

Połączenie bitów i gitar było bardzo odważnym krokiem – jeśli to wydaje się Wam dobrym pomysłem, to w zasadzie nie musicie czytać dalej, bo i tak bardziej Was do dzisiejszego albumu nie zachęcę. Ale część z Was mimo wszystko chciałaby pewnie najpierw dowiedzieć się, co reprezentuje sobą ów album w warstwie tekstowej. W perspektywie jedenastu piosenek spotkamy się z tematami takimi jak: miłość (Nothing To Fear), dobro i zło (All I Know), moralność (Brothers), zemsta (Crowds) oraz strach przed prawdą (Dream On, Dreamer). Wszystko to potraktowano po męsku – miejscami zbyt poważnie, miejscami wręcz dziecinnie, ale na pewno głośno. I to w oprawie, obok której na pewno nie przejdziecie obojętnie. Bez względu na to, czy akurat będzie to fragment melodyjny czy chaotyczny – zostało to zagrane i zaśpiewane iście pierwszorzędnie.

Gdy przychodzi do poruszenia tematu wad, w zasadzie rozkładam ręce. Nie chodzi o to, że album jest ich pozbawiony, bo nie ma rzeczy idealnych. Są to jednak szczegóły – bardzo małe, dodam. Jako fan zdecydowanie innego stylu muzycznego mógłbym ponarzekać, że w partiach wykrzyczanych raczej słabo można rozeznać się w poszczególnych słowach, ale byłaby to krytyka na siłę. Może raz tylko zdarzyło się, że wokalista nie wyciągnął dźwięku tam, gdzie powinien, że lekko załamał mu się głos – mogę na to przymknąć oko. Zwłaszcza, że w większości przypadków głos jego był po prostu gładki i wykorzystany jak należy. Najpoważniejszym moim zarzutem jest sposób zakończenia albumu – brakuje mi tu jakiegoś mocniejszego, wyraźniejszego akcentu. Utwór The Arsonist, od którego wziął nazwę cały album, jest raczej jego wygaszeniem niż podsumowaniem. Wysoki poziom całego wydawnictwa przyzwyczaił mnie do równie wysokich oczekiwań – ale widać, nie można mieć wszystkiego.

Zatwardziali fani wyłącznie jednego lub wyłącznie drugiego gatunku mogą czuć się lekko zawiedzeni, ale pierwszym moim skojarzeniem w tym wypadku było nasze hasło przewodnie: „Poszerzamy horyzonty”. Warto więc przełamać uprzedzenia i prześledzić kolejne utwory, moim zdaniem naprawdę warto. Nie jest to coś, z czym spotykamy się na co dzień (pozdrawiam fanów Machinae Supremacy) – a może się okazać, że stanie się to Waszą codziennością, kto wie?

A na koniec, jak zwykle podaję link do pobrania albumu: https://www.jamendo.com/album/171589/the-arsonist

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz