Mój pierwszy raz z Londynem w tle

Planowałem od dość dawna wycieczkę do Londynu. Od kilku lat mieszkam niedaleko, niecałe dwie godziny drogi od centrum, a jednak nigdy do tej pory nie było okazji wybrać się do tego uznanego za największe w Unii Europejskiej miasta. No i przecież Londyn to prawie dwutysiącletnia historia, turystyczna atrakcja światowej skali.

W końcu jednak nadszedł ten dzień, kiedy znalazł się i czas i chęci na wycieczkę. Jako środek transportu wybrałem autobus, dużo wygodniejszy w tym przypadku niż auto, głównie ze względu na ruch panujący w mieście, jak i wszechobecne strefy, uciążliwe do poruszania się, i jakiegokolwiek parkowania na terenie centrum, a tam właśnie głównie chciałem się dostać. Wybierającym się uparcie jednakże autem, doradzam pozostawić go gdzieś na obrzeżach i resztę drogi przebyć komunikacją, metrem czy koleją, które dowiozą właściwie wszędzie gdzie chcieliby się udać.

Już na samym początku popełniłem jeden, podstawowy błąd. Ekscytując się wyjazdem uwierzyłem, że w te kilka godzin (miałem w planach tylko jednodniowy wypad) zobaczę wszystko to, co oferują przewodniki, a przynajmniej większość z tego. Po wstępnej euforii przyszło jakież większe rozczarowanie… Jeden dzień w Londynie to jak rozpoczęcie ciekawej książki tuż przed snem. Gdy historia zaczyna wciągać, książka spada na podłogę i przegrywa ze snem. A wtedy to już bardziej frustracja niż wyczekiwana radość.

Jak wspomniałem nieco wcześniej, miasto oferuje szeroki wachlarz komunikacyjny. I o ile z metrem czy koleją nie ma właściwie mniejszego problemu, to kłopot pojawia się gdy chcemy przesiąść się na autobus komunikacji miejskiej. Tak, na te słynne czerwone piętrusy…

Dla kogoś, kto bywał już w Londynie i wie co i jak, wszystko będzie w porządku. Ja jednak jako „pierwszak” już na starcie zaliczyłem falstart. Udając się na przystanek błędnie zasugerowałem się, iż gdzieś na nim, bądź u kierowcy zapłacę za przejazd i kupię bilet. Na przystanku pusto, ławeczka pod odrapaną wiatą całkiem jak u nas w Polsce, myślę sobie znajomy klimat. Potem nadjechał autobus. I odjechał dalej. Ja zostałem na przystanku z rosnącą złością w gardle.

Zostałem wyproszony przez wyraźnie zdenerwowanego kierowcę, nie mogącego uwierzyć, że nie wiem czegoś takiego, jak brak możliwości zakupu biletu w pojeździe. Niestety nie udało mi się z niego wydobyć informacji gdzie taki bilet mogę zakupić. Ledwo uszedłem przed zatrzaskującymi się drzwiami pojazdu. Zaskoczyła mnie taka reakcja. Do tej pory spotykałem się z uprzejmością ze strony miejscowych, nie spodziewałem się tak ostrej reakcji. Ale cóż, każdy może mieć gorszy dzień. Ja swojego taką błahostką nie chciałem zepsuć.

Około godziny zajęło mi znalezienie rozwiązania na brak biletu. Język angielski znam dość dobrze, nie to było problemem. Musiałem wrócić na dworzec, na który przyjechałem (po drodze nigdzie nie sprzedają biletów, a przynajmniej wszyscy kierowali mnie z powrotem do punktu wyjścia czyli Dworca Victoria). W międzyczasie zaczęło jeszcze padać, jednak to zjawisko w Londynie jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Bilet, a właściwie kartę 24 – godzinną zakupiłem na głównym dworcu, po uprzednim odczekaniu około 30 minut w kolejce, po czym w kasie poinformowano mnie, że taki bilet kolejnym razem mogę już doładować sobie w automatach, które to są rozmieszczone na wielu przystankach i każdym innym dworcu. To przydatna informacja, ale dlaczego tych kart nie można dostać również w tych automatach? Dla kogoś nowego w mieście to duże utrudnienie. Oczywiście ktoś może zapytać jak przygotowywałem się do tej wycieczki? Przecież są informatory, jest wszechwiedzący „wujek” Google… To prawda. I ja to przerobiłem. Jednak na miejscu nie do końca tak to wygląda jak w Internecie.

Bilety już miałem, więc mówię, w końcu pora coś zobaczyć. Mimo, że już prawie południe.

Resztę dnia, a właściwie około pięciu godzin jakie mi pozostały, spędziłem na kilku zaplanowanych przyjemnościach. Odwiedziłem muzeum figur woskowych Madame Tussauds, które to znajduje się dość daleko od centrum, przy Marylebone Road. To informacja dla takich jednodniowych turystów jak ja, gdyż nawet przy dość szybkim tempie zwiedzania, trzeba tam spędzić minimum półtorej do dwóch godzin. Ale warto.

Po powrocie do centrum udałem się w kierunku Tamizy, pod słynny Big Ben, z nikłą już nadzieją, że tego dnia uda mi się zobaczyć cokolwiek więcej. I, prawdę mówiąc wiele się nie pomyliłem. A gdzie Pałac Buckingham, Gdzie Tower i Tower Bridge, gdzie chociażby słynne London Eye (no dobra, z oddali i z okien autobusu dość dobrze było je widać), czy którekolwiek z tych tylko najbardziej znanych miejsc? No właśnie. Ta reszta to temat na kolejny raz.

Choć mój dzień zaliczam do udanych, czułem wielki niedosyt. Kolejny raz, gdy odwiedzę to miasto, na pewno pozostanę na dłużej.

Jednodniowy pobyt w Londynie, turystycznie, nie ma sensu. Szczerze. Gdy ktoś już był wcześniej, ogarnia już zawiłości komunikacyjne i wraca do miejsc sobie znanych, może zaplanować taki wyjazd w konkretnym celu. Jednak będąc pierwszy raz, warto znaleźć kilka dni na poznawanie uroków tego starego, tajemniczego miasta. Bo Londyn to nie tylko Big Ben czy Pałac Buckingham. To miasto to stare uliczki, tajemnicze miejsca czy historyczne tło wielu ciekawych wydarzeń i znanych osobistości. Z tym tłem namacalnie można obcować, można go dotknąć czy obejrzeć, wdychając to samo powietrze, jakim żyło na przestrzeni lat swej świetności.

 

Dzień to za mało…

Autor: Wojciech Warchala

Fotografie: Pixabay

Redakcja Administrator
Magazyn Kulturalny Horyzont – nieformalne pismo internetowe założone 5 września 2015 r. przez dziennikarkę, poetkę i kandydatkę do ZLP Oddział Szczecin Annę Jakubczak. Horyzont ma na celu przekazywanie rzetelnych informacji, zachęcać do rozwoju osobistego i poznawania świata oraz dawać możliwość pokazania się szerszemu gronu poprzez organizowanie spotkań autorskich, wernisaży, slamów poetyckich i innych imprez kulturalnych we współpracy ze Związkiem Literatów Polskich oddział w Szczecinie, Książnicą Pomorską, Starą Rzeźnią oraz Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach.
follow me

Dodaj komentarz