Kolory życia, recenzja: Michał Szpak – „Byle być sobą” (2015)

Kilka razy udało mi się to zrobić – kupić płytę polskiego wykonawcy. I wiecie co? Nie żałuję żadnego zakupu. Wbrew temu, co się czasem mówi, że nas rodzimy biznes muzyczny upadł dawno temu. Nie mogę się z tym zgodzić i mam nadzieję, że Wy też nie.

O Michale Szpaku słyszało się wiele przy okazji roku 2016, kiedy był naszym reprezentantem na swego czasu popularnym konkursie Eurowizji. Piszę „swego czasu”, ponieważ widziałem, jakie reakcje wzbudzał konkurs w środowiskach fanów na przestrzeni ostatnich lat. Powstał nawet specjalny komiks polandballowy (tj. satyra geopolityczna w formie memów), gdzie w jednym z kadrów pojawia się nasz dzisiejszy bohater. Nie zdradzę tego, co się tam znajdowało, bo jest to zwrot nie nadający się do druku. Co zdradzić mogę, to że chodziło o wielką wściekłość naszych rodaków na sędziów, którzy oceniali występ Michała zupełnie inaczej, niż osoby głosujące przez wysyłanie wiadomości SMS. Po przesłuchaniu jego płyty dołożę do tej dyskusji swoje trzy grosze.

Zacznę od tego, że osobiście niespecjalnie interesowałem się twórczością Michała Szpaka. Płytę kupiłem z trzech powodów: po pierwsze znałem utwór Color Of Your Life i chciałem go mieć w swojej kolekcji. Po drugie zrobiłem to z ciekawości – i wreszcie po trzecie, najważniejsze, dla mojej mamy. Tak to się jakoś złożyło, że bardzo lubi piosenki Szpaka. Jak tylko więc skończę pisać, oddam recenzowaną dziś płytę w jej ręce. Odnoszę przy tym wrażenie, że piosenki na niej zawarte przemawiają bardziej do żeńskiej części widowni. Podobnie jak na przykład ostatnie dzieła innego piosenkarza, Andrzeja Piasecznego. Moje zdanie w tej kwestii nie oznacza, że sam (ja, mężczyzna) ich nie polubiłem.

Żeby zmienić moje powyżej opisane nastawienie, z jakim uruchomiłem płytę, wystarczyło dwanaście piosenek. Tyle bowiem mieści się na recenzowanym przeze mnie krążku. Początkowa ciekawość powoli przeradzała się w zainteresowanie, a to z kolei w całkiem poważne zauroczenie. Nie mówię o tym, że z racji stanowiska i zadania musiałem całość przesłuchać kilka(naście) razy – była to całkiem naturalna kolej rzeczy. Zaczęło się niewinnie, od Real Hero, gdzie spokojna, stonowana melodia wprowadza nas do zestawienia. Potem było już tylko lepiej, bo zaczął śpiewać Michał. Jego głos doskonale wkomponował się w atmosferę, jaką wytworzyły pierwsze dźwięki. Nawet jeśli był to utwór zaśpiewany po angielsku – miałem już okazję na to ponarzekać przy okazji recenzji innych płyt. Tym razem  uważam, że te właśnie utwory (bo jest ich więcej) stanowią równorzędną część składową sukcesu płyty w stosunku do piosenek po polsku.

Głos Michała należy do tych, które może nie są mocne, ale na pewno prawidłowe technicznie. Na przestrzeni całej płyty nie zdarzył się choćby jeden moment, w którym mogłoby się uruchomić moje czujne ucho krytyka. To wielkie osiągnięcie! Co więcej, śpiewa on bardzo płynnie, potrafi modulować swój głos i „wyciągnąć”, gdzie potrzeba. W tym miejscu stawiam wielki plus.

Słowa uznania kieruję również w kierunku aranżacji. Nawet jeśli nie zawsze jest idealnie (o tym za chwilę), to nie miałem również wrażenia, że muzycy pokpili sprawę. Zestawienie muzyki i głosu artysty daje niesamowity efekt. Prawda, nie można za bardzo stawiać jego twórczości na jednej półce z wielkimi i bogatymi show-biznesu – ale wiele razy powtarzałem, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Melodie nie nudzą, może nie zawsze zaskakują, ale są ciekawe. I mówię to ja, człowiek zasłuchany w minimalistyczne brzmienia ambientów.

Album zakupiłem dzięki uprzejmości wydawnictwa, które wypuściło jego reedycję. Jest to porządny materiał, ma jednak swoje wady. Głównym moim zarzutem jest pewna prostota w warstwie tekstowej. Nie usłyszymy tu skomplikowanych słów, nie zostaniemy też uraczeni wysokolotnymi wywodami – ale poetyckie metafory już będą. Trochę szkoda, bo do tej pory tylko Michała chwaliłem i sam miałem nadzieję, że tak zostanie. Nie powiem, że teksty są płytkie, ale zdecydowanie można by się pokusić o coś więcej. Słuchając już pierwszej piosenki (Real Hero), trafimy na metaforycznego Johnnego. Wers Glory for you Johnny nie brzmi najlepiej – nawet jeśli ma on drugie znaczenie. Ponadto dwa utwory doczekały się swojego tłumaczenia z języka polskiego na angielski – lub odwrotnie. I wszystkie trafiły na tę samą płytę. Tak czy inaczej, jeśli liczyć tylko oryginalne produkcje, należy odjąć dwie piosenki. Niby nic, ale znów można by się pokusić o większe urozmaicenie – słowa mogą się nieco różnić, ale melodie pozostają te same.

Jeśli miałbym ocenić płytę Michała Szpaka (i do tej pory jedyną), powiedziałbym, że jest to album powyżej średniej. Troszkę mu brakuje do ideału, ale nie od razu Rzym zbudowano. Z całą mocą powiem – bawiłem się świetnie. Nie jest to też typ „kochaj albo rzuć”, jak ostatnio prezentowany Wam album zespołu Kinematic. Myślę, że wielu z Was znajdzie na tym krążku coś dla siebie. Od siebie dodam, że od tej pory postaram się śledzić kolejne wydawnictwa sygnowane jego nazwiskiem. Mam nadzieję już wkrótce znaleźć swój nowy ulubiony album. Trzymam kciuki za rozwój kariery Michała!

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz