Incubus cz. 2

„Wtargnięcie [ducha] zmienia wrażliwość człowieka, powodując wyraźne zmiany w jego osobowości: jej zwielokrotnienie lub dysocjację,a także pozorną niepoczytalność. Może ono przyjmować różną postać, od prostych zaburzeń umysłowych do wszystkich typów demencji, histerii, epilepsji, melancholii, nerwicy reaktywnej, kleptomanii, idiotyzmu, manii religijnej czy samobójczej. Również dotyczy to amnezji, inwalidztwa psychicznego, dipsomanii, a moralności, zoofilii, okrucieństwa i innych form kryminalnych”

                                                                                                                      Eugene Maurey

 Cisza była tak głośna tego dnia, że zatrzymała czas. Wszystko, co dobre i naturalne, zamarło. Nie było słychać ani szmeru wiatru, ani łamanych przez niego gałązek. Ciężkie powietrze unosiło się nad opuszczonym budynkiem, przeklętym  miejscem kaźni. Mike leżał bezwładnie na betonowym podłożu. Promienie światła dziennego wbijały się mu w oczy, powodując uczucie pieczenia. Ciężkie, zmęczone powieki powolnym ruchem odsłoniły jego przekrwione oczy. Wpatrywał się w jeden podświadomie wybrany punkt na suficie, czekając na powrót świadomości.

Zapewne Freud, gdyby stał obok, rzuciłby psychoanalityczną ripostą, tłumacząc zachowanie Mike’a np. zablokowaniem  pierwotnych instynktów. Nie, tym razem chodziło o pulsujący w każdym elemencie ciała ból, który obezwładniał. Podjął próbę podniesienia fizyczności. Pomieszczenie skąpane w półmroku, tylko smuga słonecznego światła padała na betonowa podłogę. Kilogramy kurzu przechadzały się wzdłuż piwnicy, osiadając na tym, co jest najbliżej. Stał tak przez chwilę, próbując przypomnieć sobie, jakim sposobem się tutaj znalazł. Obejrzał się za siebie. Posiniaczone ciało Kate leżało przybrawszy pozycję embrionalną, jej oddech stawał się coraz płytszy, a z jej łona wypływała strużka czerwonej, na wpół zaschniętej cieczy. Przerażenie sparaliżowało jego ciało. Chciał krzyczeć, lecz nagle zabrakło mu tchu. Dźwięk łkania zmieszanego z dusznością odbijał się od ścian piwnicy. Panika przejmowała nad nim kontrolę. Oparł się o ścianę i powoli sunął ku drzwiom. Jeffree, a raczej to, co z niego zostało, wisiał na wprost drzwi wyjściowych, w pozycji ukrzyżowanej, pozbawiony członka. Klatka piersiowa była napiętnowana raną w kształcie pentagramu.

– To chore! – krzyknął dławiąc się własną śliną. Odczekał chwilę, aż zawroty głowy i odruchy wymiotne miną i podszedł do ciała. Dotknął szyi przyjaciela, sprawdził puls – nie żył. Smród stęchlizny zapychał jego nozdrza, musiał uciekać jak najdalej stąd.

 Drzewa kołysały się lekko w takt melodii granej przez wiatr i liście. Ciemne obłoki   zakrywały wiszące na nieboskłonie słońce, topiąc je w półmroku. Szedł lasem, zostawiając za sobą miejsce rytualnego mordu. Próbował poukładać sobie wszystko. Myśli, ich natłok, ich krzyk doprowadzał go do furii. Szepty w głowie, które towarzyszyły mu cały czas powoli zmieniały jego osobowość. Nie czuł już wyrzutów sumienia ni żalu, lecz pustkę. Podążał leśną ścieżką, napawając się niczym niezmąconą ciszą, gdy nagle coś go zatrzymało. Stanął jak wryty. Kończyny odmawiały mu posłuszeństwa. Z trudem mógł oddychać. Coś wewnątrz niego zabroniło mu iść. W jednej chwili ciało Mike’a nieludzko wygięło się do tyłu. Trwał w tej pozycji kilka minut, gdy nagle z rozwartych ust wypłynęła brązowoszara maź. Pokryła całą twarz, tworząc swoisty posąg.

– Gnij! – krzyczała bestia wewnątrz Mike’a. Walczył z całych sił, nie dał za wygraną. Pomyślał o przyjaciołach, których kochał. O rodzinie, za którą tęsknił.

– Odejdź, czymkolwiek jesteś, przeklęty pasożycie! – wrzasnął chłopak swoim głosem.

Po tym atak ustąpił. Wrócił do naturalnego ułożenia ciała i w tym samym momencie zaczął łkać tak mocno, tak głośno, iż cierpienie jego wrzynało się w każdą cząstkę duszy. Po kilku minutach otępienia, wstał na nogi. Otarłszy łzy, szedł dalej. Nigdzie nie czuł się bezpieczny. Głosy były już z nim połączone. Nie chciały odejść, dobiegały zewsząd, niszcząc i osłabiając wewnętrzną siłę. Zadawał sobie pytanie, dlaczego akurat on. Zawsze uważał, że jest najsilniejszy duchowo z całej paczki. A może był, dopóki nie zastał ojca wiszącego na gałęzi. Przeżycie to wywarło na nim takie piętno, iż stał się najłatwiejszym i najsłabszym celem. Szedł lasem jeszcze kilka godzin, rozmyślając o kochającym niegdyś ojcu i jego odejściu w nieznane.

Noc była chłodna. Mike obudził się muskany kroplami deszczu, gdzieś na betonowym podłożu. Mgła niczym matka ukryła go w slumsach miasteczka. Obolały wstał z zimnej ziemi, by się rozejrzeć. Poczuł potężny głód. Właśnie zdał sobie sprawę, że nie jadł od 26 godzin, więc skupił się na śmietnikach. Grzebał w nich z nadzieją, że znajdzie złoto w postaci chleba. Nie było nic. Zachłanni ludzie, pomyślał. Przeszedł do innego kąta zapełnionego śmieciami. Kolejna próba przetrwania survivalu.

– Tak! Jest! – wydał heroiczny okrzyk na cześć kawałka nieruszonej, na oko, nie dawno wyrzuconej bułki. Jadł tak szybko niczym wygłodniałe zwierzę. Nagle z mgły wyszedł przestraszony nastolatek. Był mokry i przemarznięty od deszczu. Mike zobaczywszy tę sytuację, chciał pomóc chłopakowi, mimo że sam jej potrzebował. Poczuł głęboki ból w kościach. Brak tchu odebrał mu mowę. Zatrzymał się, jakby przez coś trzymany. Oczy pokryte rtęcią, trzask kości i ten przerażający głos, wrzask pasożyta chcącego uwolnienia. Skierował wzrok na zagubione dziecię.

– Chodź malutki  do nas – wysyczał demon.

– Boję się, nie wiem, gdzie jestem. Pomógłby mi pan? – zapytał chłopiec błagalnym tonem.

– Nie bój się nassss, pomożemy ci.

Podszedł do chłopca, złapał go za mokre odzienie i pchnął z nadludzką siłą w stronę śmietników. Chłopiec zaskowyczał niczym pies, tonąc w śmieciach. Szyderczy śmiech Mike’a wypełnił przestrzeń jak mgła, w której się znajdował. Otrząsnąwszy się z brudu, przerażony chłopiec podjął próbę ucieczki, lecz na darmo. Mike szybkim ruchem oparł ofiarę o betonową ścianę i zdjął odzienie, a jego ruchy nabierały prędkości. Krzyk chłopca był coraz głośniejszy. Oprawca nie miał litości, pragnął tylko zaspokoić rządzę. Błagalny wrzask napawał go ekstazą. Łkanie zmieszane z przyjemnym dyszeniem był dla demona niczym pokarm. Mijała sekunda za sekundą. Głośne nawoływania traciły na sile. Mike wyszedł z sacrum nastolatka. Jego ciało delikatnie osunęło się po mokrej szarzyźnie betonowego murku. Nagle z ust opętanego wydobył się wręcz zwierzęcy warkot. Demon triumfował. Seksualne uniesienie napełniło go mocą i siłą. Wiedział, że mało został samego Mike’a w Mike’u. Demon miał przewagę, a dusza opętanego powoli zanikała. Demon stał w bezruchu kilka minut, wpatrując się w roznegliżowanego, nieprzytomnego nastolatka. Otarłszy krew z dłoni, postanowił ruszyć w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Potrzebował jeszcze jednej niewinnej osóbki, by zniszczyć duszę Mike’a i uzyskać tak upragnioną wolność.

Pokonywał kolejne przecznice. Z ukrycia obserwował ludzi, wyczuwał ich grzechy, emocje, gniew i żal. Pragnął tej jednej nieskalanej łzy, nienapiętnowanej żadnym złem duszyczki. Mijały godziny i wciąż nic. Ostre światła latarni zaczynały gasnąć. Czarne niebo przybierało koloru, księżyc nie był już tak widoczny jak wcześniej, a zamiast tego widać było pierwsze promienie słońca budzącego się ze snu. Demon nienawidził jasności, bał się jej. Stał pośrodku chodnika otoczony ludźmi. Im było jaśniej, tym potężniejszy odczuwał gniew. Miał ochotę wyrżnąć każdego w swoim otoczeniu. Kątem oka zauważyłstary, zaniedbany budynek stojący na niewielkim pagórku kilkaset metrów od niego. Srebrny krzyż mienił się w budzącym się słońcu na szczycie ciemnoczerwonego, dziurawego dachu.  Demon zaśmiał się sarkastycznie na widok kościoła i znajdujących się tam zakonnic.

– Pieprzone dziewice – mruknął pod nosem czart.

Przyspieszył kroku i w ciągu kilku minut znajdował się pod wrotami świątyni. Starannie wykonane, masywne drzwi dzieliły go od finalizacji wielkiego planu uwolnienia. Stał tak przez kilka minut, wpatrując się w symbol katolicyzmu wyryty w centrum portalu. Ciało drgało jak oszalałe. Złapał za metalową klamkę i wszedł do środka. Pierwsze pomieszczenie było bardzo zaniedbane. Z brudnych, pomarańczowych ścian odpadała zużyta już farba. Deski pod stopami skrzypiały, jakby miały się zaraz rozpaść przez panującą wilgoć. Na wysokości klatki piersiowej, po prawej stronie komnaty wisiała kamienna misa z wodą święconą. Poczuł niewyobrażalne pieczenie na całym ciele. Złapał się rękoma za głowę i opadł na kolana. Czuł jak płonie jego ludzka powłoka. Nie miał czasu do stracenia. Wstał z podłogi, oparłszy się o ścianę i powolnym krokiem przeszedł do serca budynku. Dalsza część kościoła była odnowiona. Budynek ze sklepieniem krzyżowym, odmalowane freski na białych ścianach i te olbrzymie kolumny. Trzy po jednej i trzy po drugiej stronie. Niewidzialny ogień spalał go coraz szybciej. Przejechał dłonią po twarzy. Kawałek skóry pozostał na czerwonej dłoni. Rozpływał się jakby spryskany kwasem.

Tuż przy ołtarzu klęczała młoda zakonnica, przeprowadzająca swój codzienny rytuał modlitewny. To jedyna szansa, pomyślał. Zebrawszy resztkę sił podbiegł do ofiary. Przerażona dziewczyna nie zdążyła krzyknąć. Demon złapał ja za krtań i zaczął dusić. Jej blada, piękna twarz zaczynała przybierać kolor purpury, a  oczy gasły. Z lekko rozchylonych ust wyciekała ślina. Demon pewnym ruchem zlizał ciecz z jej ust i wbił zęby w jej delikatne wargi. Wydała z siebie ledwie słyszalny jęk i utraciła świadomość. Nagle coś drgnęło Mike’em. Odsunął dłoń od jej szyi i osunął się na podłogę. Zaskowyczał z bólu. Z wnętrza wydobył się głos, ludzki głos.

– Nie pozwolę ci już nikogo skrzywdzić! – krzyknął Mike w głuchą przestrzeń.

Z jego oczu zaczęły wyciekać łzy, wstał. Podbiegł do ołtarza, złapał metalowy krucyfiks i ostrą końcówkę przyłożył sobie w miejsce, gdzie znajdowało się ledwie bijące serce. Jednym ruchem wbił przedmiot w ciało, otworzył lekko usta. Lepka ciecz zalała wargi, rozbryzgując się na wbitym krzyżu. Czuł ulgę, a ból ustępował. Upadł. Popatrzył w górę, skupiając się na obrazie Maryi. Zapłakał ten ostatni raz, wydając z siebie słowa – Nie pozwolę.

Grafika: Patrycja Smaga

  • Inne tego autora
  • Polecane
Tomasz Miłowicki Contributor
Tomasz Miłowicki (Redaktor Działu Grozy) – Chciałbym rozpocząć od momentu, w którym zacząłem tworzyć wiersze. Były to czasy wczesnego liceum w roku 2012, kiedy podjąłem samodzielny warsztat nad poezją. Jako osoba bardzo wrażliwa, mam natłok myśli i emocji, więc przelewałem ich natłok na kartkę. Tak to płynęło, za każdym razem, jak czułem napływ negatywnych lub pozytywnych emocji, sięgałem po zeszyt i pisałem. Było to dla mnie naturalne. Pracowałem wówczas jako łącznik w bibliotece szkolnej i pokazywałem utwory nauczycielom i bibliotekarkom. Stwierdziły, że mam dar i powinienem coś z tym zrobić, więc zrobiłem. Zapisywałem się na różnego rodzaju konkursy poetyckie lokalne, lecz w tymże okresie, nie byłem wystarczająco otwarty i pewny siebie i z każdą klęską czułem, że jednak mogli się mylić. Nie zaniechałem tego i wbrew wszystkiemu tworzyłem dalej. Moja poezja głownie opiera się o tematykę egzystencjalną i metafizyczną. Po jakimś czasie zmieniłem styl zarówno wizualnie jak i duchowo. Interesowały mnie gatunki grozy, parapsychologia i okultyzm. Stwierdziłem wtedy, że to byłby dobry pomysł, by wykorzystać tę wiedzę w twórczości. Zaczęło się od małych form narracyjnych m.in. opowiadań, lecz nie miało to wówczas sensu, gdyż nic nie mogłem z tym zrobić. W 2015 wyjechałem na studia do Gdańska studiować archeologię, lecz po roku stwierdziłem, że to nie to. Rok później rozpocząłem studia geograficzne na tym samym uniwersytecie i to otworzyło mi oczy. Zrozumiałem, że jako dusza artysty, nie będę czuć spełnienia na tego typu kierunkach. W roku 2017 podjąłem się studiów pisarskich na Uniwersytecie Szczecińskim i właśnie tu zostałem doceniony . Wierzę , że kolejne lata pomogą mi na wydanie naprawdę dobrej powieści grozy, która będzie czytana z przyjemnością.
follow me

Dodaj komentarz