Incubus cz. 1

„Istnieją dwa równe i przeciwne sobie błędy, które mogą zostać

popełnione przez ludzkość odnośnie demonów. Pierwszy, to niewiara

w ich istnienie. Drugi, to wierzyć i być aż zanadto i niezdrowo nimi

zainteresowanym”

Clive Staples Lewis

Ten krzyż. Tak, właśnie ten, na który patrzę, wbity głęboko w sakralny grunt nieopodal budynku prawdopodobnie gotyckiego, gdzie kapłani codziennie z tą samą monotonną przemową wygłaszają kazania z wiarą nawrócenia zagubionej ludzkości. Krzyż, na którym widnieje fizjonomia zbawczej jednostki. Stałam wpatrzona w Chrystusowe drewno, zastanawiając się nad prawdą, którą przekazano nam poprzez akt mordu.

Nie jestem osobą zbytnio wierzącą, zapewne od czasu, kiedy rzekomo istniejący Bóg zabrał mi ojca i kazał go pogrzebać, tym samym skazując go na zapomnienie. Stałam tak przez dłuższą chwilę, aż poczułam jak mroźny oddech wieczornego nieba, sparaliżował moje odkryte dłonie. Wolnym krokiem wracałam do domu, niebieskie niebo okryło się ciemnymi chmurami, a wokół zaczynały świecić uliczne latarnie. Mijałam kolejne budynki powojennego miasteczka, napawając się spokojem, lecz nagle gdzieś w otchłani ciemnej uliczki usłyszałam głos. To Jessica biegła w moja stronę. Poznałam ją na balu maturalnym. Wygadana, zwariowana, ale przede wszystkim oryginalna pod względem stylu. „Mrok to moje drugie imię” – tak o sobie mówiła. Delikatnie złapała mnie za rękę.

– Zaczekaj!

– Co chcesz?

– Mike zbiera ekipę. Idziemy do domu, w którym rok temu wymordowano całą rodzinę. Mam tablicę ouija, może uda się nam skontaktować z jednym z ich członków.

– Teraz? Jest późno, a ten dom jest daleko.

– Chodź, jesteś potrzebna do rytuału i znasz się na tym Kate.

Mimo oporu, który stawiałam, postanowiłam się zgodzić. Dobry rytuał wymagał przygotowań, a tylko ja wiedziałam co zrobić, by nikomu nie stała się krzywda.

Dom stał pośrodku polany otoczonej świerkowymi lasami. Gałęzie starych konarów rzucały cieniste formy na ową polanę, tworząc klimat wręcz oniryczny. Wjechałyśmy bramą na teren posesji, bacznie obserwując świat na zewnątrz. U progu domu stali Mike i Jeffree, którzy mimo zdenerwowania starali się zachować powagę. Weszliśmy do środka. Wszystkie pomieszczenia pochłonięte były w mroku, tylko przez okienko nad schodami wpadało trochę księżycowego światła. Nagle zdałam sobie sprawę, że jestem wewnątrz domu, gdzie rok temu rytualnie przelała się rodzinna krew. Właśnie tu Peter Moore poderżnął gardło swojej małżonce, córce oraz kilkuletniemu synowi, którego sam usypiał w dębowym, malutkim łóżeczku. Według zeznań Peter był pod władaniem sił demonów, które pragnął zadowolić, podrzynając gardła najbliższym, a później bezczeszcząc ich zwłoki poprzez akt seksualny. Nie chciałam jednak w to wierzyć, starałam się ze wszystkich sił podchodzić do sytuacji profesjonalnie, mimo tego, że moje ciało drżało od czasu, gdy tylko tu weszłam. Weszliśmy na górę. Na miejsce rytuału wybrałam pokój małego chłopczyka – fragment pomieszczenia, gdzie stało niegdyś łóżeczko, gdyż poprzez mord na nieochrzczonej istocie skumulowało się tu dużo demonicznej energii. Rozsypałam sól, tworząc krąg. Następnie rozstawiłam czarne świece, a na środku usytuowałam tablicę ouija. Dopiero po zapaleniu świec dostrzegłam całokształt tego miejsca. Pokój nie był duży, zaś ściany pokryte były zakurzoną i porwaną tapetą w brązowe misie, pokrytą gdzieniegdzie plamami zaschniętej krwi. Łóżeczko stało przy oknie, jakby wierzono, że zło, które w nim drzemie, uleci. Obok stał wielki, różowy, pluszowy zajączek, którego czarne, plastikowe oczy wpatrywały się we mnie, jakby chciały mi przekazać, że naruszyłam tę przestrzeń. Usiedliśmy w kręgu i złapaliśmy się za dłonie, by stworzyć swego rodzaju więź energetyczną. Zaczęłam inkantować.

– Wzywam byty uwięzione w tym miejscu:

Poprzez wiedźmiarski krąg,

menstruacyjną krew,

Chrystusa mąk,

nowiu zew… Przybądźcie!

Trzymaliśmy wszyscy wskazówkę na tablicy, czekając na reakcję obcego stworzenia. Widziałam zdenerwowanie Mike’a, który rozglądał się po całym pomieszczeniu, czekając na jakikolwiek znak obecności sił nadprzyrodzonych.

– Czy jest z nami jakiś duch? – zapytałam powietrze z nadzieją, że odpowie.

Cisza. Było słychać tylko szum wiatru z lekkością uderzającego w stare, pożółkłe szyby domu. Czekaliśmy tak dłuższą chwilę, lecz nic nadzwyczajnego nie zdarzyło się. Ponownie rzuciłam słowa w przestrzeń, licząc na jakikolwiek znak. Odór stęchlizny i próchna stawał się nie do zniesienia, a wszechobecna cisza krzyczała w głowie, tworząc zamęt.

Zdenerwowanie Mike’a osiągnęło apogeum i w tej samej chwili wstał z zamiarem opuszczenia kręgu. Nagle wskazówka sama automatycznie przesunęła się na miejsce „TAK”. Jessica odskoczyła, wyrywając dłoń jak szalona, wyrzucając przy tym z siebie wulgaryzmy.

– Kurwa! – wyrwało się z ust dziewczyny.

– Nie przerywajcie kręgu!  krzyknęłam, czując dziwne zawroty głowy.

– Widziałaś to?! – krzyczała Jessica, wskazując na tablicę.

Tak, siadajcie, nie możemy przerwać kręgu! Chcecie by to „coś” przylgnęło do Was? Siadać! – wrzasnęłam.

Po opanowaniu sytuacji złapaliśmy się ponownie za dłonie, lecz tym razem nie zdążyłam wydusić z siebie słowa. Ściany zaczęły drzeć, deski z podłogi wyginały się niczym guma, a z szafek spadały porcelanowe lalki i z impetem uderzały o podłogę, rozbijając się na setki kawałków. Nie kontrolowałam tych zdarzeń. Coś tu było i za wszelką cenę pragnęło nas przepędzić. Nagle czas się zatrzymał. Ciało Mike’a zaczęło się trząść i nienaturalnie wyginać. Jego oczy pokryły się smolistą czernią, a z ust strugami wylewała się krew. Nie reagował na żadne słowa, jego krzyk przeobraził się w dziki warkot, a blada skóra pokryła się siniakami i ranami, kształtem przypominającą odwrócony krzyż. Zbliżyłam dłoń do jego twarzy, lecz to był błąd. Mike z nadludzką siłą złapał mnie za rękę i wykręcił tak, że wyskoczył mi bark. Następnie pochwycił za wystającą kość i rzucił mną o ścianę. Czułam, jak zalewa mnie wodospad krwi. Nie mogłam się poruszyć, a ból przeszywał całe moje ciało, tworząc ze mnie marionetkę, pozbawioną możliwości poruszania się. Poczułam się senna, a przez mgłę widziałam trzy czarne postaci i słyszałam niewyraźne krzyki, które z każdą sekundą zmieniały się w szepty. Zamknęłam oczy, zanurzając się w ciemności, by wierzyć, że to co się stało, to tylko sen.

Łąki, gdzieś płynący strumyk i złociste kłosy poruszane lekkim oddechem wieczornym. Stałam pośrodku i wpatrywałam się w słońce, które znikało za horyzontem. Nieopodal mnie stało wielkie lustro, którego ramka była udekorowana w złote róże. Ubrana w zwiewną, czarna sukienkę i gorset, który perfekcyjnie podkreślał biust, podeszłam bliżej. Usta pokryte fioletową szminką, podkreślały moje blade kości policzkowe. Czułam się piękna, lecz nagle idealne odbicie zaczęło się zmieniać. Ciało pokryło się zgnilizną, oczy napłynęły krwią, a z ust powoli wychodziło robactwo. Chciałam krzyknąć, lecz istota po drugiej stronie lustra złapała mnie za krtań. Powoli traciłam grunt pod stopami i odpływałam. Usłyszałam trzask łamiących się kości, głowa mimowolnie opadła mi na ramiona. Zdążyłam wydusić z siebie ostatnie słowo: „przepraszam”.

Leżałam cała obolała na deskach, przykryta tonami kurzu. Powoli otworzyłam zmęczone powieki. Pomieszczenie ogarnięte było nieprzeniknioną ciemnością. Byłam sama, cisza dudniła mi w głowie, a fetor starzyzny sprawiał, iż chciało mi się wymiotować. Wstałam, zapaliłam świeczkę i zaczęłam szukać wzrokiem innych. Nic nie było widać, totalna pustka. Nagle usłyszałam pisk pochodzący chyba z ust Jessiki. Pobiegłam na dół. Zakrwawiona i naga Jessica leżała na sofie, a jej dłonie i nogi skrępowane były sznurem. Jej usta idealnie okryła szara taśma, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Mike złapał ją za włosy i zaczął dosiadać. Jej piski zaczęły przybierać formę krzyku. Łzy spływały jej po policzkach, tworząc ścieżki. Im głośniejsze wydawała dźwięki, tym jego natarczywość i dominacja wzrastały. Nie wierzyłam własnym oczom. Nie wiedziałam, jak zareagować. W rogu korytarza stał duży, szklany wazon na okrągłym, drewnianym stoliku. Nie zastanawiając się, wzięłam wazon, podbiegłam do Mike’a i z całych sił wymierzyłam przedmiotem w jego głowę. Uderzenie było na tyle mocne, by stracił równowagę, lecz go nie okiełznało. Wstał, podniósł z podłogi kawałek szkła i wbił w kark Jessiki. Nie mogłam powstrzymać krzyku i łez. Zbliżył usta do jej karku i zaczął zlizywać lekko zaschniętą krew, napawając się ekstazą. Wiedziałam, że coś opętało mojego przyjaciela. To zło emanujące z jego oczu wbijało sie w duszę niczym sztylet. Zaczęłam uciekać, nie zastanawiając sie gdzie, byle jak najdalej od tego chorego miejsca. Wbiegłam do piwnicy, by się ukryć, mimo że wiedziałam, iż utknęłam w tym miejscu. Schowałam się za piecem albo za czymś, co go przypominało i skierowałam strumień światła na jedną ze ścian. To, co ujrzałam było nieprawdopodobne. Jeffree wisiał przybity do ściany, a jego głowa lekko opadała na lewy bark. Klatka piersiowa napiętnowana była blizną w kształcie pentagramu, a członek został drastycznie odgryziony. Chciałam krzyczeć, ponieważ nie byłam w stanie ich uratować. Złapał mnie za głowę i rzucił o chłodny niczym stal beton. Po czym podszedł i zaczął mnie rozbierać. Jego zimne jak lód dłonie wędrowały po mojej posiniaczonej skórze niczym zbłąkany wędrowiec. Czułam jak przedziera się przez dziewiczą błonę, zadając ból przeszywający wszystkie kości. Jego ruchy stawały się szybsze i szybsze, a bezwzględna natarczywość tworzyła kolejne siniaki. Wiedziałam, że to moja meta na ścieżce życia. Wycisnęłam ostatnią łzę, czekając na sen. Warkot przeobraził się w ledwie słyszalny szmer, a demoniczny dotyk zniknął gdzieś w podświadomości.

Świadomość wracała mi dosyć długo. Widziałam nad sobą twarze krążące w popłochu. Ich krzyki docierały do mnie bardzo powoli. Otworzyłam oczy, światło uderzyło z taką mocą, że automatycznie je zamknęłam. Zaraz, ja żyłam. Czułam zapomniane uczucie bezpieczeństwa. Po prostu znowu czułam.

 

Grafika: Patrycja Smaga

  • Inne tego autora
  • Polecane
Tomasz Miłowicki Contributor
Tomasz Miłowicki (Redaktor Działu Grozy) – Chciałbym rozpocząć od momentu, w którym zacząłem tworzyć wiersze. Były to czasy wczesnego liceum w roku 2012, kiedy podjąłem samodzielny warsztat nad poezją. Jako osoba bardzo wrażliwa, mam natłok myśli i emocji, więc przelewałem ich natłok na kartkę. Tak to płynęło, za każdym razem, jak czułem napływ negatywnych lub pozytywnych emocji, sięgałem po zeszyt i pisałem. Było to dla mnie naturalne. Pracowałem wówczas jako łącznik w bibliotece szkolnej i pokazywałem utwory nauczycielom i bibliotekarkom. Stwierdziły, że mam dar i powinienem coś z tym zrobić, więc zrobiłem. Zapisywałem się na różnego rodzaju konkursy poetyckie lokalne, lecz w tymże okresie, nie byłem wystarczająco otwarty i pewny siebie i z każdą klęską czułem, że jednak mogli się mylić. Nie zaniechałem tego i wbrew wszystkiemu tworzyłem dalej. Moja poezja głownie opiera się o tematykę egzystencjalną i metafizyczną. Po jakimś czasie zmieniłem styl zarówno wizualnie jak i duchowo. Interesowały mnie gatunki grozy, parapsychologia i okultyzm. Stwierdziłem wtedy, że to byłby dobry pomysł, by wykorzystać tę wiedzę w twórczości. Zaczęło się od małych form narracyjnych m.in. opowiadań, lecz nie miało to wówczas sensu, gdyż nic nie mogłem z tym zrobić. W 2015 wyjechałem na studia do Gdańska studiować archeologię, lecz po roku stwierdziłem, że to nie to. Rok później rozpocząłem studia geograficzne na tym samym uniwersytecie i to otworzyło mi oczy. Zrozumiałem, że jako dusza artysty, nie będę czuć spełnienia na tego typu kierunkach. W roku 2017 podjąłem się studiów pisarskich na Uniwersytecie Szczecińskim i właśnie tu zostałem doceniony . Wierzę , że kolejne lata pomogą mi na wydanie naprawdę dobrej powieści grozy, która będzie czytana z przyjemnością.
follow me

4 thoughts on “Incubus cz. 1

Dodaj komentarz