Hiszpańska krew, recenzja: Mark Bodino – „Spanish Horizon” (2017)

Nie polecam tego rozwiązania do powszechnego zastosowania, ale gdy mowa o muzyce, to można sobie czasem pozwolić na mały skok w bok. Odpocząć od wielkich produkcji, znaleźć coś niszowego i nietypowego, a dobrego na tyle, że warto było się tym znaleziskiem pochwalić.

W muzyce niezależnej lubię to, że można w zasadzie publikować, co się tylko komu podoba. Jeśli komuś widzi się usiąść z gitarą i nagrać kilka utworów – proszę bardzo! Takim właśnie pomysłem na muzykę dzieli się z nami Mark Bodino, pochodzący ze Stanów artysta, specjalizujący się w brzmieniu gitar. W jego repertuarze znajdziemy zarówno muzykę rockową, jak i tradycyjną, folkową. Do tej ostatniej kategorii zalicza się prezentowany dziś przeze mnie album. Czy był on wart mojego czasu? Przekonajmy się.

Tym razem mamy do czynienia z muzyką wyłącznie instrumentalną. Oznacza to, że autor nie zaszczyci nas ani swoim głosem, ani nie wystąpi tu też żaden inny wokalista, choćby gościnnie. Zapewniam Was, że nie jest to złe rozwiązanie. Co więcej, będą tu obecne głównie wspomniane już gitary, o żadnym bogactwie instrumentów nie ma więc mowy. Ponownie, nie liczę tego na minus albumu. Znajdziemy tu zarówno utwory zagrane solo, jak i w większej „grupie”. Używam w tym miejscu cudzysłowu, bo nie znalazłem informacji, jakoby Amerykaninowi towarzyszył ktoś inny – najprawdopodobniej więc wszystko nagrał on samodzielnie. Co ważne, artysta obrał sobie za temat przewodni klimaty hiszpańskie, usłyszymy więc miękkie dźwięki charakterystyczne dla tego regionu, choć oczywiście nie tylko.

Jeśli lubicie spędzać z muzyką długie godziny, to możecie postawić duży plus na konto Marka  Bodino. Całość trwa bowiem niecałe pięćdziesiąt siedem minut. Jest to więc kolejny krążek trwający tak długo, z którym miałem przyjemność pracować. Jak tak dalej pójdzie, to przyzwyczaję się do takiego poziomu dobrobytu i zwyczajowe czterdzieści pięć minut przestanie mi odpowiadać. O ile jednak większość utworów trwa po trzy-cztery minuty, to zdarzają się i krótsze, po półtorej minuty. Jednak słuchając płyty całkowicie się tego nie zauważa. Poszczególne utwory są tak dobrane, że całość ma swój specyficzny przepływ – a generalna homogeniczność brzmień sprawia, że album zlewa się w jeden ciąg. Nie mam tu na myśli, że wszystko jest takie same i nudne – po prostu trudno jest sprawić, żeby gitara brzmiała inaczej.

Zamysłem twórcy było oddanie wielu różnych nastrojów. Moim zdaniem udało mu się to bardzo dobrze – choć nie twierdzę, że znajdzie się tu muzyczna odpowiedź na każdą okazję. Można jednak mówić o, jak sam lubię to określać, wieczornej atmosferze ciszy czy też czymś, co może nam towarzyszyć w pełni tzw. białego dnia. Ogółem Mark Bodino postawił na brzmienia spokojniejsze, utwory zagrane wolniej i z rezerwą. Nie jest to jednak reguła. Część kompozycji jest dziełem artysty od pomysłu po wykonanie, inne to zaadoptowane na potrzebę albumu piosenki tradycyjne. Wybór takiego zakresu wyszedł na dobre, jest w tym jakaś różnorodność. Osobiście nie zauważyłem różnicy pomiędzy tym, co oryginalne, a tym, co wykorzystano powtórnie. Niech będzie to moją rekomendacją.

Z twórczością Amerykanina spotkałem się po raz pierwszy. Jak szybko się przekonałem, zostanie ona w mojej kolekcji. I choć, jak powtarzam za każdym niemal razem, będę musiał w końcu pójść dalej i szukać nowych inspiracji, to zapamiętam ten album jako jeden z lepszych dla ucha. To ważne, ze względu na charakter zaprezentowanych tu utworów – nie kwalifikuje go on do postawienia na półce obok wielkich i znanych. Choć przyznaję, że na przekór temu właśnie tam bym go umieścił – niech ma coś od życia. I do tego Was również zachęcam. Sprawdźcie sami, że ma to słynne „coś”. Dajcie mu szansę, a gwarantuję, że się nie zawiedziecie.

Wszystkich chętnych zapraszam na stronę, gdzie można pobrać recenzowany dziś album: https://www.jamendo.com/album/170354/spanish-horizon

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz