Fall Out Boy – American Beauty / American Psycho (2015) recenzja

Piękna i psychol

Ktoś kiedyś powiedział, że w każdym albumie znajdzie się słabszy utwór. Może i prawda, ale moim zdaniem nie warto tak szufladkować czyjejkolwiek twórczości. Zwłaszcza, jeśli szukanie takich „słabych ogniw” miałoby odbywać się na siłę. Bo, co niby miałbym powiedzieć, jeśli cała płyt mi się podobała? Świetnym przykładem jest obecnie przeze mnie recenzowana i te,  poprzednie, które Wam prezentowałem. Powiecie, że może przesadzam? Nie powiedziałbym. Prawda, zdarzało się, że wytykałem taki kwiatek palcem, ale to tylko wyjątki. Nie powiem też, że wszystkie tu zebrane kawałki są genialne, bo nie są. Ale że „słabe”? Co to, to nie! Chłopcy z Fall Out Boy już się o to postarali.

Zacznijmy od tego, że napaliłem się na American Beauty / American Psycho oglądając fanowskie filmiki do pewnego serialu (ściślej mówiąc były to AMV, czyli fanowskie teledyski). Do tej pory przychodzą mi one na myśl, gdy akurat leci coś z tego repertuaru… A gdyby ktoś oglądał Big Hero 6 (u nas wydane jako Wielka Szóstka), to śpieszę dodać, że w tymże filmie wykorzystano utwór Immortals znajdujący się na tym krążku. Tyle, jeśli idzie o reklamę – przejdźmy do sedna.

Mimo iż album składa się z jedenastu utworów, trwa on tylko niecałe czterdzieści minut. Trochę szkoda, że nie więcej – bo naprawdę jest czego słuchać. Muzycy zadbali o to, żeby ich słuchacze nie nudzili się podczas zabawy z ich twórczością. Zaczyna się mocno (w końcu to rock i/lub jego pochodne, bo jak mówi „Wiki” jest to pop-punk), i tak też jest niemal do końca, gdzie królują raczej ciut wolniejsze melodie. A jak już wiadomo – nie oznacza to, że „słabsze”. Gwarantuję, że będziecie śpiewać razem z wokalistą!

No dobrze, ale o czym ci panowie w ogóle śpiewają? Nie obrazicie się, gdy powiem, że o miłości? Tak czy inaczej nie jest to miłość w wersji pop, do jakiej zdążyły nas przyzwyczaić radio i telewizja. Nie pomylę się także, jeśli powiem, że jest to miłość rozumiana po męsku. Ale znów – nie tak „po męsku”, że się leje krew i walają się trupy. Mimo wszystko trochę bliżej wersji pop… Będzie za to sporo odniesień do wiecie-czego, nawet, jeśli albumu nie opatrzono etykietką „Parental Advisory / Explicit Content”. Prawda, przekleństw nie ma, język utrzymano na wodzy – ale coś tam jednak jest, lojalnie uprzedzam. Poza tym nie mam zastrzeżeń.

Jeśli idzie o samą muzykę, powiedzieć muszę, że ustępuje ona pola wokalowi. Nie. że jest nudna, czy po prostu zła – nic z tych rzeczy. Dźwięki różnych instrumentów dodają płytce koloru. Standardowe zestawienie gitar i perkusji dopełniono samplami (nie znalazłem dowodów, jakoby ktoś grał na żywo) trąbek i jakiejś piszczałki. Nie pytajcie mnie co to jest, bo nie wiem… Głos z kolei (oryginalny, gość śpiewa od czasu założenia zespołu) nadaje rzeczy pełnię smaku. Tak to już jest w tym biznesie, że jakoś trzeba się wybić. Tu dzieje się to na obu polach, ale uważam, że to właśnie głos Patricka przechyla szalę na stronę „wygrana”.

Moi ulubieńcy? Zdecydowanie Irresistible, Centuries, Immortals, Novocaine, Fourth of July i Uma Thurman. Zaraz, czy ja właśnie nie wymieniłem połowy płyty? Tak, zgadza się. Ale co ja poradzę, że chłopaki tak dobrze wykonali swoją robotę? Tylko się z tego cieszyć. Drugiej połowy (tak, wiem, tej „mniejszej”) nie wymieniłem tylko dlatego, że zacząłem od „ulubieńcy”. Te są dobre, ale nie są „najlepsze”. Przynajmniej w moim osobistym rankingu. Co w żaden sposób im nie uwłacza, co to, to nie!

Na koniec powiem tylko tyle: kupujcie. Zespół miał małą przerwę w twórczości, ale powrócił żeby nagrywać dalej. I bardzo się z tego cieszę. Ba, nawet zapowiedzieli już nowy album. Mam nadzieję, że nie będzie w tym czasie jakichś innych premier (wiecie, są priorytety…), przez co wysupłam na nich trochę kasiory. Ale kto wie, może to właśnie oni staną się moim priorytetem? Tego im życzę, bo są tego niezwykle blisko!

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz