Doctor animae et cordis

Dziś dla czytelników lubiących historie z dreszczykiem, prolog do opowiadania redaktor naczelnej Anny Jakubczak vel RattyAdalan. Dział grozy wraca na salony Horyzontu zachęcamy do obserwowania i czytania. Niebawem kolejne opowiadania.

Poleca

Redakcja Magazynu Kulturalnego Horyzont

 

Prolog

 

 „Kiedy rozum śpi, budzą się upiory.”

Francisco Goya

Skórzana kanapa idealnie przylega do ciała, tak jakby była jego nieodzowną częścią. Czuję jej relaksujący chłód i zapach nowości roznoszący się w powietrzu. Czekoladowy kolor błyszczy nienaruszony z nieświadomością, że nie minie nawet rok, jak straci z pozoru zahibernowany urok świeżości. Leżąc ze splątanymi dłońmi na brzuchu otoczony tuzinem wypchanych pierzem różnobarwnych poduszek utkanych z jedwabiu, podpierając głowę na jednej z nich, prowadzę z niedawno otynkowanym sufitem wzrokowy dialog. On przyjmuje fikcyjną postać uważnie słuchającego mędrca wschodu, a ja jego rozhisteryzowanego ucznia, którego chcąc nie chcąc musi wysłuchiwać, w bezsilności nie mogąc zatkać uszu albo wprost rzucić mi krótkiego – stul się.

Wspominam wszystkie chwile w życiu, jakie udało mi się spamiętać, włączam je jedna po drugiej niczym biograficzny film na odtwarzaczu DVD. Staram się, jak najbardziej precyzyjnie skalkulować, ile razy w swojej egzystencji byłem naprawdę sobą, a ile jedynie na pokaz. Ile tak naprawdę razy żyłem tzw. “ pełnią życia” i czułem smak niewymuszonej sztucznie radości, wykrzykując znajome hasło „Carpe diem!”. Zaczynając od swoich pierwszych raczkujących kroków, młodzieńczych rozterek, a kończąc na niedawnych wydarzeniach z ostatnich kilku wieków. Odtwarzam wszystkie grzechy, które niszczyły moje ofiary niczym wirusy układ immunologiczny, nie zawsze zgodnie z ich świadomością oraz te momenty euforii, kiedy ciągnąłem ich za sobą do wrót nieskończonego cierpienia. Ich jęki niedoli, popłakiwania do Boga Ojca, żałosne modlitwy, sprawiały, że czułem jeszcze większą satysfakcję, a mój szyderczy śmiech był bardziej poniżający i triumfujący niż zwykle. Tak, byłem ich głosem, katem, który kneblował głos sumienia i kazał skakać.

Przewijam je bez końca, jak starą kasetę magnetofonową z odcinkami “Mody na Sukces”, powoli obcinając taśmę tym kasetom, którym już dawno obciąć powinienem. A on, śnieżnobiały biedaczek, bez możności wyboru, odbiera fale moich myśli. Tak… jestem jego oprawcą.

Wiatrak fałszuje jakąś melodię, zagłuszając z pozoru nieugiętą ciszę, tnąc powietrze niczym Freddy Kruger swoje ofiary we śnie. I tak jak cierpienie śniących, nie ruszało sumienia Freddy‘ego, tak i wiatrak w całkowitej ignorancji, szatkował tlen z jego pobratymcami niczym warzywa na sałatkę “Cesar“. Widzę ten wyimaginowany akt mordu, ale nawet to nie wyciąga mnie ze stanu skupienia. Jedynie dodaje do mojego kanonu myśli, koncept przemienia się w ów wiatrak i tak jak on, pieprząc otaczający świat i chęć jego zniszczenia, stać się w syzyfowej pracy kilerem powietrza. Upajałbym się tą chwilą, zamieniając w mordercze zwierzę, będąc echem psychopatycznego śmiechu Krugera.

Poruszam lekko palcami dłoni, uderzając opuszkami o skórę sofy, utrzymując krążenie i stwarzając pozory, iż mogę być po prostu zamyślonym filozofem. Chociaż daleko mi do Kartezjusza czy Cycerona.

Przełykam niezgrabnie ślinę, która z łaski, spada przez przełyk do żołądka. Spierzchnięte usta odruchowo obgryzam w dalej toczącym się zamyśleniu, powoli zaczynam czuć smak własnej krwi, która w swojej gęstości, przechwala się glukozą, zostawiając jej odczucie na języku. Podnoszę się lekko i lewą ręką sięgam na pobliski stolik do kawy, by szklanką wody, choć trochę ulżyć wysuszonemu gardłu i przerwać tę monotonię bezczynnego leżenia i czekania, aż usłyszę charakterystyczne dla wszystkich osobników tego gatunku zdanie: – A teraz powiedź, co Cię do mnie sprowadza. Biorąc skromny łyk bliżej niezidentyfikowanego napitku, kieruję swój wzrok na skórzany brązowy fotel stojący równolegle do mnie.

Poczciwy starzec, gdzieś przed pięćdziesiątką o poważnej kwadratowej twarzy, ze świeżym zarostem i o dziwo, dopiero początkową fazą zmarszczek wyglądający jak nasz poczciwy Ojciec Bóg oddalony ode mnie o jakiś metr, siedzi niewzruszony, ubrany w wytartą biegiem czasu szarą, bawełnianą marynarkę w zestawie z dopasowanymi spodniami, spod których widać czarne sprane już skarpetki. Pewny siebie symbol erudycji szoruje prawą ręką, niezbyt markowym dość „wypieszczonym” już ołówkiem po notesie typu A4 . Okulary przylegające do potężnego nosa, wzbudzają w kontakcie interpersonalnym poczucie szacunku. Lewą dłonią muska potężny siwy włos w aspekcie głębokiej refleksji. Szaro-niebieskie oczy, z których bije blask wrodzonej inteligencji nawet raz nie zmieniły punktu obserwacji, jedynie cykliczne mrugnięcia podkreślają ich jakąkolwiek aktywność ruchową. Wbija wzrok w kartkę, głaszcząc ją ołówkiem z takim zawzięciem, jakby była jego papierową wersją Demi More, z którą odbywa właśnie grę wstępną z przyklejonym na czole wyimaginowanym szyldem z napisem „Nie przeszkadzać” migającym na czerwono niczym neonowy baner klubu Go-Go.

Nawet nie domyśla się o bitwie, która toczy się w mojej kinematografii duszy, a może po prostu domyśla, tylko tego nie okazuje. W końcu Oni – jak raczę nazywać doktorków duszy i serca, mają to w sobie, że gdy na nich spojrzysz, wydaje Ci się, jakby z ich mowy ciała wydobywał się krzyk, w stylu: – Hej debilu, nawet nie próbuj otwierać japy i tak wiem, co kotłuje się w Twojej popierdolonej głowie. Tak… kocham ich za to.

Patrząc na naszą „scenkę”, sądzę, że byłaby wyśnionym natchnieniem dla debiutującego malarza do przedstawienia na płótnie interpretacji wiersza Szymborskiej pt. „Rozmowa z kamieniem”. Aż zapaliłbym  na samą myśl.

Czekam utrzymując normalny oddech, aż nastanie przełomowa chwila. A nóż skończy w końcu onanizować się z kartką notesu, by włączając licznik i rzec fałszywie łagodnym i zainteresowanym tonem: – No chłopcze, opowiedz mi jeszcze raz, wszystko powoli i od początku.

Zegar ścienny z kukułką tyka swoim spokojnym rytmem, tak, jakby grał w jednej kapeli z wiatrakiem mordercą. Powoli tracąc cierpliwość, zaczynam krzątać się wzrokiem po gabinecie i bez najmniejszego zaskoczenia, nie odnajduję w nim nic, co wzbudziłoby najmniejszą krztę ciekawości nawet u analfabety. Niczym niewyróżniający się laptop marki zgniłej, aj przepraszam nadgryzionej antonówki, przy którym na mahoniowym biurku leżą równolegle dwa dotykowe telefony. Sprzęty te są cenną ozdobą dla stert dokumentów i jakiś medyczno-psychologicznych książek, przyłożonych pojemnikiem z ołówkami i innymi walającymi się na biurku akcesoriami papierniczymi. Prostopadle do sofy, na której monotonnie spoczywam, widnieje monstrualny, tak jak biurko, mahoniowy regał po brzegi wypełniony książkami, najczęściej z gatunku psychologii klinicznej, medycyny, filozofii wschodu, pedagogiki, teologii i innych szyfrów tego świata, co ciekawe, w oczy rzuca się również ogromny złotawy tom Biblii, ustawiony na środkowej półce. Jakoś dziwnym trafem, ta publikacja usilnie kłuje mnie w oczy. Oczywiście, nie zabrakło również bibelotów, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Gdzieś w kącie stoi smukłolistna Sansewieria w porcelanowej białej donicy, pełna kobiecej dumy, a zarazem symbol delikatności i spokoju. Skacząc oczami ze ściany do ściany napotykam multum oprawionych i pedantycznie równo powieszonych dyplomów i z dwa dziwne obrazy malowane akwarelą.

Przeczesuję ręką swoje brązowe włosy, by choć nikłą aktywnością fizyczną odrzucić swoje myśli od chęci uśnięcia. Powoli moje ziemskie ciało zaczyna odczuwać dolegliwości zwykłych śmiertelników. Ból w okolicy lędźwi przez zależenie – czysta ekstaza. Do tego frytki, może mała cola.

Zauważam, że staruszek w łasce odwraca w moją stronę głowę, jakby w końcu dostrzegł, że od jakiś dwudziestu minut, dokonuje rozkładu na sofie w jego gabinecie. Widzę jak pociera ręką siwe wąsy, czuję, że zaraz rzuci we mnie zlepkiem wyświechtanych słów. Nie mylę się, po sekundzie w moich uszach rozpływa się jego głos.

– No chłopcze, zatem co cię do mnie sprowadza?

Doktorku, obyś nie żałował zadanego mi pytania…

 

CDN.

Anna Jakubczak vel RattyAdalan

Szczecin 2011r.

 

Fotografia: Piotr Kuchta

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Anna Jakubczak Administrator
,
Anna Jakubczak vel RattyAdalan (Redaktor Naczelny) – (1994) poetka, prozatorka, publicystka, redaktor naczelna Magazynu Kulturalnego Horyzont oraz organizatorka spotkań autorskich w Książnicy Pomorskiej. Studentka dziennikarstwa i zarządzania mediami oraz studiów pisarskich na Uniwersytecie Szczecińskim. Współpracuje ze szczecińskim oddziałem Związku Literatów Polskich, Inku Szczecińskim Inkubatorem Kultury, Regionalnym Stowarzyszeniem Literacko-Artystycznym w Policach, portalem SilesiaYoung, Wydawnictwem Edgard oraz kilkoma polskimi zagranicznymi organizacjami. Swoją twórczość publikowała w wielu antologiach, zarówno w Polsce i zagranicą. Jest stałą autorką w cyklu poetyckim The Year of The Poet, wydawanym przez amerykańskie wydawnictwo Inner Child Press, kierowane przez Williama St. Petersa. Wyróżniona w II Ogólnopolskim Konkursie im. Jóżefa Bursewicza O Złotą Metaforę za wiersz Przypinka. Autorka tomu poetyckiego Ars Poetica (Londyn, 2013), w przygotowaniu kolejny tom Rozmowy nocą oraz powieść Wiatr nadziei.

Dodaj komentarz