Diabeł był wtedy w Rwandzie…

7 kwietnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa w Rwandzie. Choć o wydarzeniach z 1994 roku słyszał chyba każdy, nie wszyscy są świadomi skali tej tragedii, a jeszcze mniej osób zna tło historyczne i potencjalne przyczyny wydarzeń. Biorąc do ręki mapę polityczną Afryki, z całą pewnością Rwanda nie rzuci nam się w oczy. Mały, niepozorny kraj umiejscowiony pomiędzy Burundi, Ugandą, Tanzanią oraz Demokratyczną Republiką Konga, nie przyciąga wzroku. Pomimo niewielkiej powierzchni tajemnicza, odłączona od reszty świata Rwanda, od setek lat uważana jest za miejsce w pewnym sensie niezwykłe.

Odseparowanie, odmienność Rwandy rozpatrywać możemy pod dwoma względami. Po pierwsze, pod kątem przyrodniczym, a więc  głównie w odniesieniu do ukształtowania terenu. Rwanda to kraj w przeważającej mierze wyżynny, wręcz górzysty (najwyższy szczyt Rwandy, Karisimbi, to wygasły stratowulkan w paśmie Wirunga, o wysokości 4507 m n.p.m.). Kraj jest otoczony górami niemalże z każdej strony – wjeżdżając do Rwandy z któregokolwiek z graniczących z nią państw, przekraczamy swego rodzaju „naturalne wrota”, prowadzące nas do innego, niezwykłego świata. Nie bez powodu  kraj ten nazywany jest „Tybetem Afryki”. Już od wielu lat o Rwandzie zwykło się też mówić „kraina tysiąca wzgórz”. Powiedzenie to zostało zresztą sparafrazowane i dokończone przez papieża Jana Pawła II, który podczas jednej ze swoich afrykańskich pielgrzymek powiedział o niej Kraj tysiąca wzgórz, tysiąca problemów i tysięcy sposobów ich rozwiązania. Niektóre z tych problemów przybliżę w dalszej części artykułu.

Drugim aspektem podkreślającym niezwykłość Rwandy jest niewątpliwie jej struktura społeczna. Od początku utworzenia na tym terenie zorganizowanej jednostki państwowej tj. od  XV wieku, królestwo Rwandy izolowało się od otaczających je ludów. W odróżnieniu do innych pobliskich państewek, rzadko prowadziło wojny, zawierało sojusze i w zasadzie nie wpuszczało na swój teren cudzoziemców. I o ile zdecydowana większość postkolonialnych państw Afryki (powstałych w wyniku sztucznego podziału kontynentu przez europejskie metropolie, przypieczętowanego w czasie konferencji berlińskiej w latach 1884-1885) tworzy prawdziwe mozaiki etniczne, zasiedlone przez kilkaset, a często kilka tysięcy ludów, Rwandę, od czasów utworzenia na tych terenach monarchii, zamieszkuje w zasadzie jeden naród – Banyarwanda. Wydawać by się mogło, że Rwanda jest społeczeństwem wewnętrznie spójnym, lecz nic bardziej mylnego. Banyarwanda dzielili się bowiem tradycyjnie na trzy grupy: Tutsi – stanowiący 15% ludności, od stuleci władających opisywanym terenem właścicieli stad bydła (głównie krów zebu); najliczniejszą (85%) kastę rolników Hutu i grupę wyrobników Pigmejów Twa liczących ok. 1% lokalnej populacji. Ci ostatni, choć pozostają obecnie w mniejszości, byli pierwszymi mieszkańcami omawianych obszarów. Relacje pomiędzy Tutsi i Hutu porównać można do znanych nam związków arystokracji z chłopstwem czy też seniora z wasalem. Warto zwrócić tu uwagę na towarzyszące podziałowi różnice w wyglądzie zewnętrznym. Tutsi to Niloci, a więc wysocy, smukli, dumni potomkowie koczowniczych plemion, które niegdyś przybyły na tereny Rwandy i Burundi z północy; Hutu zaś, to przedstawiciele grupy Bantu – niżsi, o bardziej krępej sylwetce i ciemniejszej karnacji. Podział ten nie zawsze funkcjonował w oparciu o przynależność plemienną, odzwierciedlając z czasem wyraźniej status społeczny niż pochodzenie (opisywano przypadki „stania się” Tutsi poprzez wzbogacenie). Znając przedstawiony już podział ludności rwandyjskiej i mając przed oczami mapę tego kraju, nietrudno zorientować się z jakimi trudnościami mierzyć musieli się jego mieszkańcy. Jak wspominałem na początku, Rwanda jest państwem małym, w którym ze względu na specyficzne ukształtowanie terenu pokrytego cienką warstwą nieurodzajnej gleby, niewiele miejsc nadaje się pod uprawę. Przy tym jest krajem nadzwyczaj ludnym. Zarówno do hodowli, wypasu bydła, jak i uprawy roli konieczne jest miejsce i tu pojawia się  problem, gdyż jak się można domyślić, Tutsi jako kasta rządząca, zagarniali zdecydowanie większą część ziem niż liczniejsi Hutu. Taka sytuacja stanowiła podstawę  wzajemnej niechęci obu grup oraz konfliktu, który tląc się przez stulecia, doprowadził do jednej z największych tragedii XX wieku. 

W czasie tzw. wyścigu o Afrykę Rwanda nie była dla zachodnich mocarstw łakomym kąskiem. Niepozorny kraj położony gdzieś w głębokim interiorze, bez dostępu do morza, urodzajnych gleb i większych bogactw mineralnych, stał się własnością Niemiec i został włączony razem z Tanganiką i Burundi do Niemieckiej Afryki Wschodniej. Po I wojnie światowej Rwanda stała się kolonią belgijską. Oba państwa traktowały ją nieco marginalnie, prawie w ogóle nie interesując się jej losami i nie ingerując w jej sprawy wewnętrzne (Berlin utrzymywał w Rwandzie maksymalnie 5 urzędników i ok. 150 żołnierzy), do tego stopnia, że przez długi czas sam mwami (król) nie został poinformowany o fakcie włączenia jego królestwa do kolonii jakiegoś obcego, zamorskiego mocarstwa. Zarówno Belgowie, jak i Niemcy rządzili Rwandą rękoma, władających państwem od wieków, Tutsi. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy Afryka weszła w fazę zrywu niepodległościowego. W większości państw kontynentu do głosu doszli wtedy przedstawiciele grup wcześniej uprzywilejowanych, często faworyzowanych przez kolonów. Byli to ludzie wykształceni na europejskich uczelniach wyższych, służący w zachodnich armiach, znający historię świata i Afryki, świadomi tego, że możliwe jest życie w państwie wolnym od obcych nacisków i co najważniejsze – mający plan jak taką wolność uzyskać. W Rwandzie ludem, który w pierwszej kolejności podniósł głowę i krzyknął „Chcemy niepodległości!”, byli Tutsi. Niespodziewany dla Belgów opór ze strony tej grupy, zmusił ich do zmiany strategii zarządzania kolonią. Bruksela zwróciła się wtedy w stronę gorzej wykształconych, mniej świadomych Hutu, wykorzystując zakorzenioną w ich mentalności, niejako wrodzoną niechęć do Tutsi. Umiejętnie prowadzone przez Belgów podsycanie wzajemnej nienawiści, zaowocowało w 1959 roku wybuchem pierwszego chłopskiego powstania ludności Hutu przeciwko kaście rządzącej. Według różnych danych w konflikcie tym zginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy Tutsi, a co najmniej drugie tyle uciekło z kraju, tworząc obozy uchodźcze na przygranicznych terenach państw ościennych – Konga, Tanganiki, Ugandy i Burundi. Kiedy w 1962 roku Rwanda uzyskała niepodległość, władzę w kraju objęli właśnie przedstawiciele grupy Hutu z prezydentem Grégoire Kayibandą na czele. Kolejne lata to nieustannie powtarzające się większe lub mniejsze pogromy Tutsi na Hutu i Hutu na Tutsi. Warto w tym momencie wspomnieć o Burundi – maleńkim państewku leżącym na południe od Rwandy, którego losy i struktura społeczna (mowa tu głównie o rządzącej grupie i procentowym podziale poszczególnych ludów w populacji) bardzo przypominały te opisane wcześniej u ich północnych sąsiadów. Wszystko jednak zmieniło powstanie z 1959 roku, w którym w Rwandzie zwyciężyli rolnicy Hutu, w Burundi natomiast Tutsi udało się utrzymać władzę.  I jak się można spodziewać w Burundi to Hutu byli dyskryminowani, a uciekający z Rwandy Tutsi uzyskiwali pomoc. Narastający w Rwandzie chaos, pogłębiający się z roku na rok kryzys gospodarczy i społeczny, wykorzystał w 1973 roku generał Juvénal Habyarimana, dokonując bezkrwawego zamachu stanu. Sytuacja w kraju skomplikowała się jednak jeszcze bardziej. Nie było już prostego podziału na „dobrych” Hutu i „złych” Tutsi. Od tamtego czasu, zarówno w jednej, jak i drugiej grupie wyróżniano „dobrych” i „złych”. Wszystko zależało rzecz jasna od poglądów politycznych i poparcia dla władzy. Kolejną zmianą jaka zaszła w Rwandzie za czasów rządów Habyarimany, była stopniowa prywatyzacja państwa. Kraj stał się poniekąd prywatną własnością generała, jego żony Agathe i jej trzech braci tzw. klanu Akazu.

Zajęci własnymi interesami członkowie rodziny Habyarimanów nie dostrzegali czyhającego za rogiem niebezpieczeństwa. Przez kolejne lata fale uciekinierów Tutsi zasiedlały przygraniczne obozy uchodźcze na terenie państw ościennych. Dorastające w nich młode pokolenie nie pamiętało już wolnego życia w ojczyźnie, znając ją tylko z opowieści ojców. Bieda i brak perspektyw budziły w nich coraz silniejszą chęć zmiany i wolę walki. W latach 80. XX wieku młody działacz polityczny Yoweri Museveni, zachęcił uchodźców Tutsi do zasilenia szeregów jego armii, z pomocą której chciał obalić wieloletniego dyktatora Ugandy – Miltona Obote. Przeszkoleni przez zagranicznych oficerów, obdarowani nowoczesną bronią, Tutsi chętnie dołączyli do armii Museveniego, doprowadzając do upadku tyrana. Po zwycięskiej wojnie ugandyjscy Tutsi pragnęli już tylko jednego – odzyskać ojczyznę skradzioną niegdyś ich ojcom i dziadkom. Powstał Narodowy Front Rwandy (Rwandyjski Front Patriotyczny), który dokładnie 30 września 1990 roku przekroczył granicę ugandyjsko-rwandyjską. W Kigali zaskoczenie mieszało się ze strachem. Wojska Habyarimany były za słabe, aby odeprzeć atak tak wielkiej liczby partyzantów Tutsi. Żołnierze Narodowego Frontu Rwandy mieliby szansę przejąć cały kraj, łącznie ze stolicą, w ciągu zaledwie kilku dni, gdyby nie pomoc zza  oceanu, a dokładnie z Francji. Kiedy gdzieś na świecie zagrożone jest państwo należące do kręgu tzw. kultury frankofońskiej, Francja nie może pozostać bierna. Tym bardziej jeżeli agresor porozumiewa się w języku angielskim. Na prośbę Habyarimany prezydent François Mitterrand przysłał do Rwandy dwie kompanie francuskich spadochroniarzy. Ta niewielka liczba skutecznie zniechęciła partyzantów Tutsi i powstrzymała szturm na stolicę. Kolejne lata to okres niepewności, prowadzącej do wybuchu wojny domowej zakończonej dopiero 4 sierpnia 1993 roku porozumieniem w Aruszy (na terenie Tanzanii). I właśnie w tym czasie rozpoczyna się najintensywniej prowadzona propaganda władz, wpajająca obywatelom Hutu ideologię nienawiści względem Tutsi. Hasła głoszące jakoby Tutsi należeli do innej rasy ludzi (a właściwie podludzi) pojawiały się w prasie, radiu, kościołach, szkołach czy na uniwersytetach. Utworzone specjalne bojówki  Interahamwe, których szeregi zasilali głównie młodzi bezrobotni mężczyźni (najczęściej kryminaliści) oficjalnie służyć miały do ochrony obywateli i władz Hutu przed żołnierzami Tutsi. Ich prawdziwe przeznaczenie miało jednak niedługo ujrzeć światło dzienne. Pojawiające się na początku w kuluarach, za zamkniętymi drzwiami, a z biegiem czasu coraz jawniej głoszone określenie „ostateczne rozwiązanie” zwiastowało nadchodzącą katastrofę.

6 kwietnia 1994 roku kiedy prezydent Habyarimana (który pod presją społeczności międzynarodowej podpisał porozumienie o podziale władzy pomiędzy partyzantów z  Narodowego Front Rwandy, a obecnym rządem) wraz z prezydentem Burundi Cyprienem Ntaryamirą wracali samolotem z jednej z zagranicznych wizyt, nieznani sprawcy zestrzelili maszynę nieopodal Kigali. W katastrofie śmierć poniosła cała załoga z głowami obu państw włącznie. Chociaż do dziś nie jest jasne, kto był za nią odpowiedzialny, członkowie rządu Hutu natychmiast oskarżyli o to żołnierzy Tutsi. Był to dostateczny powód by rozpocząć pogrom. W czasie ludobójstwa bojówki  Interahamwe w brutalny sposób zabijały nie tylko Tutsi, ale też niezgadzających się z ideą „ostatecznego rozwiązania” Hutu. Ludzi mordowano w nadzwyczaj brutalny sposób, głównie za pomocą zwykłych maczet. Matki zabijano na oczach ich dzieci, dzieci na oczach rodziców. W tamtym czasie w kraju nie było miejsc bezpiecznych, bowiem egzekucji dokonywano nawet w kościołach (np. masakra w Gikondo – jedna z pierwszych zbiorowych egzekucji podczas ludobójstwa, gdzie bojówki Hutu zabiły ponad 100 Rwandyjczyków, ukrywających się w polskiej misji pallotyńskiej). Pochłonięci rządzą zabijania Hutu nie mieli litości dla nikogo. W przeciwieństwie do innych tego rodzaju konfliktów, w masakrze tej nie uczestniczyła tylko pewna powołana do tego grupa ludzi. Ludobójstwo w Rwandzie w dużej mierze zostało dokonane rękami zwykłych obywateli, którzy zaślepieni propagandą radykalnego skrzydła władz, brali udział w pogromach swoich sąsiadów, a często i członków własnych rodzin.  

W ciągu zaledwie 100 dni zabito blisko milion osób (głównie Tutsi, ale też tzw. umiarkowanych Hutu), czyli ponad  1/10 ówczesnej populacji. Świat w żaden sposób nie zareagował na dramaty toczące się gdzieś w sercu Afryki. Nikt nie zrobił nic, aby tragedii zapobiec, ani też nie podjął żadnych działań, żeby rzeź zatrzymać już w czasie jej trwania. Największe mocarstwa, liczące się na arenie międzynarodowej tzn. Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Francja, Belgia umyły ręce, argumentując swoją bezczynność niechęcią do wtrącania się w sprawy wewnętrzne Rwandy. Nawet ONZ, które w czasie wojny domowej wysłało do Rwandy swój oddział UNAMIR (United Nations Assistance Mission for Rwanda) mający chronić władze i ludność cywilną oraz doprowadzić do ustabilizowania się sytuacji w kraju, po niedługim czasie od rozpoczęcia ludobójstwa ewakuowało żołnierzy z Kigali, nie pozwalając wcześniej na jakąkolwiek interwencję.

Zdarzenia z 1994 roku stały się motywem przewodnim wielu książek, filmów oraz utworów muzycznych. Jedną z bardziej znanych produkcji jest, powstały we współpracy brytyjsko-włosko-południowoafrykańskiej, dramat Hotel Rwanda, opowiadający historię Paula Rusesabagina właściciela jednego z kigalijskich hoteli. Film nadzwyczaj realistycznie pokazuje bohaterską walkę Rusesabagina, któremu udało się uchronić od pewnej śmierci 1268 osób. Gil Courtemanche w swoim dziele Niedziela na basenie w Kigali, które łączy w sobie elementy powieści i reportażu, obrazuje w niezwykły sposób jak rwandyjska rzeź wpłynęła na życie przedstawicieli różnych grup społecznych. Na liście utworów opowiadających o masakrze są też polskie akcenty. Film Ptaki śpiewają w Kigali  w reżyserii małżeństwa Krauze, przedstawia wydarzenia w nieco inny, nowatorski sposób, z perspektywy krajobrazu po bitwie. Opowieść o polskiej ornitolog, Annie Keller, która ratuje młodą Rwandyjkę i zabrała ją ze sobą do Polski, mimo że przedstawia wydarzenia kilka lat po ludobójstwie, a na ekranie nie zobaczymy scen morderstw i gwałtów, tworzy atmosferę niepokoju, wprowadzając widza w zakłopotanie i zadumę. Również grupa Myslovitz nawiązując do tematyki rzezi z 1994 roku, poświęciła jej jedną ze swoich piosenek – Ściąć wysokie drzewa.

Od ludobójstwa w Rwandzie minęły dwadzieścia cztery lata i choć na temat tych wydarzeń powstało już tysiące książek, miliony artykułów, a potencjalne przyczyny konfliktu rozpatrywane były przez rzesze ekspertów, nadal nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na pytania – jak mogło dojść do tragedii na tak wielką skalę i dlaczego w czasie jej trwania cały świat odwracał wzrok udając, że nie widzi cierpienia bestialsko mordowanych ludzi? Dziś Rwanda rządzona autokratycznie przez jednego z przywódców partyzantów Tutsi, Paula Kagame, jest państwem stosunkowo stabilnym, zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. Pamięć o masakrze, a co za tym idzie strach przed jej powtórzeniem, są jednak wśród jej mieszkańców wciąż żywe. I oby pozostały żywe jak najdłużej, aby podobna tragedia już nigdy nie miała miejsca.

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Dorian Scheuring Contributor
Redaktor Działu Podróży w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Dorian Scheuring – Urodzony 20 października 1994 roku w Zielonej Górze. Student kierunku lekarskiego na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. Pasjonat historii, kultury i tradycji afrykańskiej. Koordynator Lokalny Projektu „Medycy dla Afryki”. Założyciel portalu Burkina FAN. Tancerz. Miłośnik dobrej muzyki i podróży
follow me

Dodaj komentarz