Coco – okiem Horyzontu

Początek roku to czas podsumowań, rozliczeń i nagród, także w przemyśle filmowym. 7 stycznia br. odbyła się jedna z takich imprez, rozdanie Złotych Globów. Wspominam o tym głównie ze względu na kategorię najlepszy pełnometrażowy film animowany, w której nagrodę, ku mojej wielkiej radości, otrzymała animacja Coco. A przed nami, 4 marca, rozdanie Oscarów, do których zdobył nominację w tej samej kategorii. Dlaczego według mnie to zasłużone wyróżnienia, a do przygody Miguela wracać będę jeszcze nie raz? Już wyjaśniam.

Możecie uśmiechać się pod nosem lub zerkać z politowaniem, ale ja jako osoba dorosła, uwielbiam oglądać bajki, mimo że nie mam w rodzinie żadnych dzieci, z którymi mogłabym chodzić do kina. Według mnie najlepsze animacje to takie, które przekazują uniwersalne wartości, a jednocześnie posiadają styl i humor, dzięki któremu zarówno dzieci, jak i rodzice, znajdą coś dla siebie i będą się dobrze bawić. Właśnie tego rodzaju filmem jest Coco w reżyserii Lee Unkricha i Adriana Moliny. Pixar ponownie pokazał światu w jaki sposób powinno robić się dobre animacje.

Akcja toczy się podczas „Dia de los Muertos”, czyli meksykańskiego Święta Zmarłych. Głównym bohaterem jest chłopiec Miguel, który pragnie pójść w ślady największego muzyka w Meksyku, Ernesto de la Cruza. Niestety jego rodzina za sprawą przodka muzyka, który zostawił żonę, dziecko, „zabrał gitarę i już nigdy nie wrócił”wyrzekła się muzyki. Chłopiec mimo sprzeciwów ze strony najbliższych pragnie udowodnić swój talent i nie rezygnuje z marzeń. Ma jednak pecha i ściąga na siebie klątwę. Tak rozpoczyna się jego podróż do krainy zmarłych, gdzie poznaje swoich przodków.

Po zapoznaniu się z opisem fabuły czy zwiastunami można odnieść wrażenie, że jest to druga Księga życia, animacja z 2014 r., która także podejmuje temat meksykańskiej uroczystości Święta Zmarłych, a główny bohater chcący zostać muzykiem odbywa podróż do Krainy Przodków, zgłębiając jej tajemnice. Na tym jednak podobieństwa się kończą. W przypadku Coco Dzień Zmarłych jest raczej tłem dla całej historii, niemniej niezwykle pięknym. Święto to w Meksyku obchodzi się nieco inaczej niż w Europie, mianowicie Meksykanie cieszą się i ucztują, wierząc, że w tym dniu ich zmarli bliscy przychodzą w odwiedziny. Na grobach składane są dary, a w domach przygotowywane rodzinne ołtarzyki ze zdjęciami zmarłych oraz rzeczami, które są z nimi związane. Ścieżka, wysypana płatkami kwiatów, prowadząca do drzwi daje pewność, że goście nie zgubią drogi. Ta radosna tradycja z krańca Ameryki Północnej została ukazana w sposób, na który warto zwrócić uwagę dzieci, wskazując przy tym na ciekawe różnice kulturowe.

 Każdy kadr filmu to pełen kolorów i gry światłem, perfekcyjnie dopracowany obrazek nadający się do oprawy i powieszenia na ścianie. Do tego widowiskowa animacja, która swoje mistrzostwo osiąga w momencie, w którym Miguel przekracza granicę światów, przechodząc przez most z kwiatów. Byłam na seansie dwa razy i dwa razy wspomniana scena zaparła mi dech w piersiach. Całości dopełnia wysokiej jakości polski dubbing, który tak dobrze współgra z postaciami, że widz zapomina o popularnych właścicielach użyczonych głosów. I tak, charakterystyczny głos Macieja Stuhra przejął całkowicie filmowy Hector, a Teresa Lipowska na trochę ponad dwie godziny przestała być właścicielką swojej barwy głosu, oddając ją w pełni prababci Miguela. Dla całej fabuły ważny jest również utwór Pamiętaj mnie, który w mojej opinii, wybrzmiał nieporównywalnie lepiej od wersji angielskiej – Remember me, która została nominowana w kategorii najlepsza piosenka filmowa zarówno do Złotego Globu, jak i do Oscara. Utwór zgrabnie przewija się przez cały film i prowadzi nas do momentu kulminacyjnego, który, w moim odczuciu, może poruszyć nawet największego twardziela.

W mediach krąży wiele komentarzy i opinii, według których nie jest to film dla każdego młodego widza. Niektóre dzieci z pewnością mogą wystraszyć się bądź poczuć nieswojo, widząc na ekranie ożywione szkielety, którym zdarza się żonglować częściami ciała. I w związku z tym, zanim zdecydujecie się na seans, polecam pokazać dziecku jeden z trailerów i wytłumaczyć kwestie, które mogą je zaniepokoić. Ja jednak w pełni zachęcam do seansu, bo Coco to piękna, wzruszająca animacja, która przypomina nam o wartościach najważniejszych: miłości, rodzinie i pamięci o bliskich.

 

Plakat źródło: Filmweb.pl

  • Inne tego autora
  • Polecane
Patrycja Smaga Contributor
Redaktor Działu Grozy/Grafik w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Patrycja Smaga – Z zawodu grafik, chociaż ani artystką ani projektantem się nie czuje. Posiada aspiracje na ilustratora. Typ osobowości: introwertyk, domator, typ wieczorny, czyli sowa. Inne przypadłości to książkoholizm, serialoholizm, a ostatnio kinomania. Znaki szczególne: duże okulary, nieobecny wzrok, książka w torebce lub w zasięgu ręki.
follow me

Dodaj komentarz