Ciepło w sercu, recenzja: Lindsey Stirling – „Warmer in the Winter” (2017)

Święta! Nareszcie! Mówi się, że okres świąteczny zaczyna się wtedy, gdy w radiu zaczynają grać Wham! z przebojem Last Christmas. Zazwyczaj się z tym zgadzam, ale w tym roku było inaczej! Wszystko za sprawą jednej z moich ulubionych artystek muzycznych. Lindsey Stirling – bo o niej mowa – rozpoczęła mój własny okres Świąt wydając okolicznościową płytę pt. Warmer in the Winer.

Lindsey to przede wszystkim amerykańska skrzypaczka. Ale nie taka zwykła, codzienna – to tańcząca skrzypaczka! Ale i to nie wyczerpuje jej repertuaru – nie tylko gra na skrzypcach, ale i komponuje muzykę elektroniczną (od dubstepu po hiphop), łącząc to wszystko w niezapomniane utwory. Czasem też zaśpiewa – choć częściej zaprasza w tym celu gości. Swoją karierę zaczynała udziałem w jednym z talent show, z którego jednak odpadła. Jak widać nie pozwoliła, żeby porażka zajrzała jej do serca – i po drodze do dnia dzisiejszego wydała trzy albumy studyjne. Wszystkie mam w swojej kolekcji i naprawdę nie mógłbym spojrzeć w lustro, gdybym nie zakupił i tego…

Na przestrzeni lat Lindsey wyrobiła swój unikalny styl. I nie mam tu na myśli wyłącznie muzyki – ale także ubiór. Więcej na ten temat znaleźć można np. w oficjalnej autobiografii (tak, to też mam na półce!). Ale wróćmy do krążka. Istnieje duża rozbieżność pomiędzy muzyką klasyczną a współczesną. Muzyka dawna była zdecydowanie dostojniejsza. Tu mamy do czynienia z prawdziwym show. Nie tylko same dźwięki skrzypiec porywają do tańca, ale i wszelkie do nich dodane. Dla mnie to prawdziwy fenomen, że tak łatwo można złączyć coś, co jeszcze parę lat temu wydawało się nie do pomyślenia. Prawda, pojawiały się pojedyncze remiksy, gdzie do elektronicznego bitu dodawano ścieżkę instrumentów strunowych – może też były pojedyncze osoby, które grały coś podobnego. Ale to Lindsey (i tego się będę trzymał) porwała za sobą tłumy. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie jej oficjalny kanał na YouTube – na pewno tam będzie.

Sama płyta troszkę mnie zaskoczyła – spodziewałem się bowiem kontynuacji w prostej linii tego, co już znałem i pokochałem. Było tak, ale nie do końca. Słuchając każdego utworu po prostu czuje się, że to gra ta właśnie artystka. Ale z racji świątecznego charakteru albumu dodano też melodie znane i lubiane z tego właśnie repertuaru – że wspomnę o Cichej nocy (oczywiście w oryginale Stille Nacht), której to niezapomniane brzmienie wieńczy zestawienie. Są też i inne „zapożyczenia” – ale moją rolą nie jest tu wymienianie wszystkich. Co ważne w tym wypadku, to że owa „Cicha noc” jest melodią najbardziej różną od tego, co usłyszeć można w poprzedzających ją utworach. Cieszymy się atmosfera Świąt, bawimy się – aż tu nagle pojawia się jeden z najpiękniejszych „tematów” okresu Bożego Narodzenia. To chwyta za serce, nie inaczej. Za pierwszym razem, gdy usłyszałem ten utwór, łezka zakręciła mi się pod okiem. Taka pełna uśmiechu i życzliwa całemu światu. Ach, magia Świąt…

Jak już wspomniałem nie raz, muzyka Lindsey jest unikalna. Również z tego powodu, że potrafi ona połączyć fragmentu układanki, które na pozór do siebie nie pasują. I jeszcze sama wszystko zaaranżuje. Wszystko współgra ze sobą wprost idealnie. Nie dziwi też dobór głosów artystów gościnnych. Co prawda mnie, jako słuchaczowi polskiemu, pseudonimy i nazwiska wypisane na odwrocie pudełka niewiele mówią. Nie oznacza to jednak, że są to osoby nieodpowiednie, co to to nie. Pochodząc a z serca Utah muzyczka doskonale wie, co robi, zapraszając do współpracy te konkretne osoby. Efekt jest jak zwykle oszałamiający. Lindsey trzyma poziom i tego jej odmówić nie sposób.

Na płycie pojawiają się utwory znane i te całkowicie oryginalne. Będzie cover All I Want for Christmas, tradycyjne kolędy, ale i sporo nowości. Jeśli do tej pory nie słyszeliście o fenomenie Lindsey Stirling, to teraz nadarza się okazja ku temu, żeby nadrobić zaległości. Jeśli szukacie płyty, która jest ciepła w przekazie i niecodziennie energetyczna, a jednocześnie mocno tradycyjna – sięgnijcie po jej najnowsze dzieło. Nie ma mowy o marudzeniu!

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz