Bo nadzieja nie umiera ostatnia, recenzja: „Andrew Maze – Hope Against Hope” (2018)

Siadam do pisania dzisiejszego tekstu nieco zaskoczony. Ostatnio wspominałem, że moja kolekcja muzyki niezależnej powiększa się szybciej niż jakiś czas temu. Ważniejsze jest jednak to, że ilość idzie w parze z jakością, co  kiedyś  było nie do pomyślenia.

Mam świadomość, że takie ogólniki raczej mało kogo przekonają. Jak powiem, że spodobała mi się okładka, to również wielu fanów dzisiejszy album nie zyska. Nie pomoże też fakt, że szukałem muzyki akustycznej, a znalazłem coś będącego jej mieszanką  i klasyki, czyli takiej, której  możemy spodziewać się po muzyce popularnej i/lub rockowej. Tu już jednak robi się ciekawiej. Kto więc chce dowiedzieć się, co znalazłem tym razem, zapraszam do recenzji.

Dwunastościeżkowy album Andrew Maze’a to jego debiut. Wersja z Jamendo Music (a więc udostępniona za darmo) datowana jest na rok 2018, ale dopatrzeć się można również wydania komercyjnego z kilku lat wstecz. Obok tego właśnie albumu pojawiła się w sieci także wersja instrumentalna (link pod tekstem) oraz krótka EP-ka. Ja jednak postanowiłem skupić się na wersji głównej. Jestem fanem muzyki samej w sobie, ale jak ktoś do tego jeszcze śpiewa – to jestem szczęśliwy jakoś bardziej. Sam autor występuje pod dwoma obliczami – jako Andrew Maze gra „akustycznie”, a jako The Mowex – elektronicznie. Mógłbym jeszcze dołożyć współpracę z Mattem Litwinem, z którym tworzy on duet NYMaze, ale to już materiał na inną opowieść.

Projekt sygnowany jego nazwiskiem jest o tyle ciekawy, że nie ogranicza się do jednego gatunku. Co prawda główną osią pozostaje gitara akustyczna, ale znajdziemy tu również perkusję, fortepian czy skrzypce. Nie wyglądają mi one co prawda na instrumenty fizyczne (może poza tą pierwszą), ale nie chcę tu przesądzać. Wątpliwość ta powstała z tego prostego powodu, że nie znalazłem informacji, jakoby był on multiinstrumentalistą – a o związku z elektroniką już tak. Tak czy inaczej brzmienia są czyste i tworzą bardzo chwytliwe melodie, a to się chwali. Dźwięki płynące z głośników tworzą jedną całość, co może być problemem dla grupy muzyków – zawsze więc doceniam wysiłki takich jak on pojedynczych osób. Dobra aranżacja sprawia, że jego muzyka nie nudzi – zawsze coś się dzieje.

Andrew jest zarówno muzykiem, producentem, jak i wokalistą. Pochodzący z Rosji artysta śpiewa bardzo czysto i – co dla mnie osobiście ważne – wyraźnie. Nie stanowi więc problemu odczytać, o czym śpiewa. Co więcej, jego głos jest niezwykle przyjemny dla ucha. Może nie ma co spodziewać się po nim karkołomnych wyczynów i powiedzmy operowej finezji, ale jak powtarzałem wiele razy, nie tędy droga. Decyzja, żeby utrzymać album w stylu nieco alternatywnym, ale bardzo spokojnym, była więc jak najbardziej na miejscu.

Napisałem, jak to wygląda z trochę technicznego punktu widzenia, ale pozostaje jeszcze kwestia ostatnia – warstwa tekstowa. Sam tytuł albumu budził we mnie nieco mieszane wrażenia. Z jednej strony podwójne użycie słowa „nadzieja”, z drugiej przeciwstawienie sobie tych dwóch instancji. Jak się okazało, krążek jest bardzo pozytywny w swoim wyrazie. Dotyczy to zarówno tekstu oraz tego, jak go zaśpiewano i zagrano. Myślą przewodnią niech stanie się zwrotka otwierająca utwór Dreams Come True: „I gotta a few words that I have to say / Since you came along my way, please, stay / I’m hoping you will sit this through / Cause I open my heart to you, be sure I do”, słowa zarówno mądre, jak i piękne. Żeby nie było zbyt jednostajnie, do albumu dostały się również wątki bardzo smutne. Końcowe piosenki, tj. Charlie i The World Breaks Me, mają w sobie coś z pozytywności reszty utworów (nadal są pięknie zagrane), ale jeśli wczytamy się w słowa, otworzy się przed nami dość ponura wizja rzeczywistości. Na szczęście kolejne utwory kończą tę serię, a piosenka ostatnia (Timeline) podsumowuje wszystko, czego dowiedzieliśmy się do tej pory – i powiem szczerze, nie zawiodłem się.

Zaczęło się od tego, że Hope Against Hope był tylko kolejnym albumem w mojej kolekcji, nawet takim, który dobrze się zapowiadał. Szybko okazało się, że artyście za niego odpowiedzialnemu można pogratulować stworzenia dzieła może nie wielkiego formą, ale na pewno treścią. Choć wobec tej pierwszej również chylę czoła. Nawet jeśli trudno jest zakwalifikować płytę do konkretnej kategorii (nie robi tego nawet sam autor), to faktem pozostaje jedno – obok tego zestawu nie można przejść obojętnie. Polecam z czystym sercem!

I jeszcze obiecane linki:

wersja główna: https://www.jamendo.com/album/173756/hope-against-hope

wersja instrumentalna: https://www.jamendo.com/album/173875/hope-against-hope-instrumentals

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz