Recenzja: Boom Boom Beckett – „20”

20 lat minęło…

Jest, znalazłem! Tak! Nawet nie wiecie, jak ciężko… Ale chyba się powtarzam. Potarzam się, prawda? No to zacznę inaczej. Tylko rynek niezależny jest tak skonstruowany, że można dwadzieścia lat tam przeżyć i nikt o tobie nie usłyszy. No, może poza grupą wyznawców gatunku skupionych w konkretnym kręgu strony WWW. I cieszę się, że takie strony istnieją!

Ja sam często zaglądam na Jamendo, ale głównie szukałem elektroniki czy dźwięków akustycznej gitary. Wiem, dziwne zestawienie… Ale działa. Aż tu nagle uświadomiłem sobie, że warto by było trochę podkręcić atmosferę i znaleźć, powiedzmy, jazz. No to znalazłem. I to od razu przywaliłem z grubej rury, bo trafiłem na podsumowanie nie krótkiej, bo dwudziestoletniej kariery pewnego jegomościa. Przesłuchałem pierwsze kawałki – i bez namysłu pobrałem resztę. Od tej pory słucham tego i słucham – i nasłuchać się nie mogę. Przyszedł jednak i czas na ten album. W końcu trzeba coś napisać i pójść dalej…

Ale zanim to nastąpi, zanim przejdę dalej, pozwólcie, że opowiem krótką historię gatunku… Nie, żartuję. Szczerze powiedziawszy to chciałem powiedzieć, że jestem tu nowy. Tak, nie znałem do tej pory żadnego artysty czy choćby jednego utworu z tej ścieżki wydawania na świat nut. Może przesadzam z tym ostatnim, bo coś tam może słuchałem od niechcenia jakiś czas temu, ale nie zmienia to faktu, że jestem zielony. Mimo to przyznaję, że album „20” mnie zaczarował. Pomyślałem sobie nawet w pewnym momencie, że będę się musiał przyjrzeć bliżej temu zagadnieniu. Także już na starcie stawiam sprawę jasno – to wciąga!

 Sprawa zaczyna się dość jasno – muzyka jest z gatunku tych, które łatwo się przyjmują w umyśle. Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Bo wiecie, jest też coś takiego jak dość swobodna, powiedzmy, improwizacja – i tego często nie da się przyjąć na spokojnie. Ale fakt, tu też jest taki fragment, przy którym mój młodszy brat zapytał mnie bez kozery: „czego ty słuchasz?”. Nawet to nie przeszkodziło mi jednak w dosłuchaniu albumu do końca – i cieszę się z tego niezmiernie. Bo nawet ten jeden fragmencik nie zdoła zmienić mojego zdania, a nawet śmiem twierdzić, że potwierdza mój wniosek – człowiek stojący za całym tym zamieszaniem wie co robi. Osiągnął mistrzostwo, artystyczną doskonałość, jak zwał tak zwał. I mówię to ja, człowiek, jak już powiedziałem, nowy w temacie, nie znający się na tym czymś zwanym „jazz”, ignorant i nieuk. Ja chcę więcej!

Na „płycie” znajdziemy standardowe zestawienie instrumentów – klawisze, trąbki, saksofony, perkusję… a na deser ludzki głos. Jest tu taki utwór, w którym głosu swojego użyczyła pani Chiara Gallino – jedna z osób zaproszonych do całego projektu. Oprócz niej wystąpiło tu gościnnie parę osób. Bez nich by się nie obeszło, więc o nich wspominam. Sam wokal jest nieziemski i przypomina nagrania starej daty – czyli styl, w jakim powinno się moim zdaniem rzecz robić. Jest co prawda nowoczesny, tak jak całe nagranie – i nie można go porównywać do mistrzów (wybaczcie, nie wymienię przykładów), ale co tam. Utwór jest miłym przerywnikiem w całej tej zgrai dźwięków, więc ja się cieszę, że tam jest. „Krążek” wiele zyskuje na jego obecności. Nie jest taki… jednakowy. I to lubię!

 Mimo iż album powstawał przy udziale około dziesięciu osób, więc zrobiłaby się z tego mała orkiestra. Zrobiłaby się, gdyby występowali oni razem. Niestety, poszczególne kawałki zagrano w ograniczonym składzie. Przez ten zabieg utwory brzmią raczej jak coś, co usłyszeć możemy w dzisiejszym radiu, a nie skrojone na dużą skalę wykonania sprzed lat. Jednakże nie ma co w tym miejscu skreślać „20”. Nawet w tej wersji muzycy dają radę i dostarczają nam, słuchaczom, sporej dawki energii. Powiem więcej, artyści przyjęli formę przekroju po twórczości Boom Bomm Becketta, a sam autor nie trzyma się jednego stylu. Znajdzie się tu więc i miejsce na bluesa – z magiczną harmonijką na czele. Nie będzie tego wiele, ale zawsze coś.

Album przyjmuje specyficzną formę. Nie jest to forma czysta, znana nam z kanonu, zawsze coś ją „zakłóci”. Ale koniec końców sprawia to, że nawet taki ktoś jak ja patrzy na dzieło muzyków przychylnym okiem. W zasadzie nie ma na co to oko przymykać, bo może i nie jest idealny (jak na moje heretyckie ucho), ale robi swoje. Powiedziałem „nie jest idealny”, ale nie zrozumcie mnie źle. Poszczególne utwory składają się na bardzo przyzwoitą mieszankę i bardzo przyjemnie się jej słucha. Tak, mogę go polecić chyba każdemu, nawet sam postaram się poszperać i poszukać czegoś jeszcze w tym gatunku, ale wciąż siedzi mi w głowie nuta niepewności. Ale to już chyba przez to, że nie jestem fanem tego typu muzyki. Podoba mi się ona na tyle, że poświęciłem jej tydzień swojego życia, dodałem do swojej kolekcji i może – może – kiedyś do niej wrócę. Tymczasem jednak wracam na szlak. A Wam pozostawiam dźwięczne echo instrumentów dętych. Miłego dnia!

 

Link do omawianego albumu:  https://www.jamendo.com/album/166470/20

 

  • Inne tego autora
  • Polecane
Marcin Jabłoński Contributor
Szef Działu Kultura, Szef Działu Muzyka w: Magazyn Kulturalny Horyzont
Urodził się pod koniec lat osiemdziesiątych w Warszawie, obecnie mieszka w jej okolicach. Studiował m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie otrzymał tytuł magistra na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo. Z pisaniem na poważnie związał się w 2006 roku, kiedy rozpoczął współpracę z dużym polskim serwisem o grach niezależnych. Następnym jego krokiem było założenie własnego bloga (a nawet dwóch), gdzie w sposób radośnie nieskrępowany dodawał wpisy o grach, książkach i muzyce. Fan muzyki i gier w ogóle, ale zwłaszcza twórczości niezależnej – nie pogardzi też czymś do czytania. Potrafi przez trzy dni słuchać tej samej płyty, co może nie jest zbyt produktywne, ale ten typ już tak ma.
follow me

Dodaj komentarz